Jedenaście lat temu życie Anny Parjaszewskiej rozsypało się na wszystkich frontach. Zanim to się stało, żyła w wiecznym biegu. Pracowała na wysokich stanowiskach menedżerskich, wychowywała dwoje dzieci. Efektem było rozstanie z mężem i zawodowe wypalenie.

— Nie wiedziałam, co ze sobą począć. Miałam jednak szczęście, że przez rok mogłam się zajmować tylko sobą i córkami. Pomyśleć, co dalej — mówi Anna Parjaszewska.
Zaczęła chodzić na warsztaty rozwojowe, sesje energetyczne, medytować i regularnie ćwiczyć jogę. Czytała różne poradniki.
— Z czasem uświadomiłam sobie moje wcześniejsze życiowe wybory i zaczęłam postrzegać ten etap życia jako szansę, by nie wracać w stare tryby — wspomina Anna Parjaszewska.
Myślała o pracy, która pozwoliłaby i na spędzanie czasu z dziećmi, i na spełnienie zawodowe. Wiedziała też, że chce pracować na własny rachunek. Z czasem nabrała pewności siebie i wiary, że cokolwiek wymyśli, da radę to zrealizować. Chciaż nie miała nic wspólnego z pedagogiką (jest absolwentką Wydziału Zarządzania Uniwersytetu Warszawskiego i Szkoły Głównej Handlowej), razem z przyjaciółką otworzyły przedszkole Montessori Mądre Główki. Wspólniczki założyły też placówkę terapeutyczną dla dzieci autystycznych i żłobek Montessori.
Masaż zamiast terapii
Kilka lat temu Anna Parjaszewska pojechała na krótki urlop do Zakopanego. W pensjonacie natknęła się na magazyn „Wróżka”.
— Przeczytałam w nim wywiad z osobą, która robi masaż peloha. Poczułam, że to jest to, czego mi trzeba — wspomina Anna Parjaszewska.
Wywiad z Dorotą Jedlicką zrobił na niej takie wrażenie, że zaraz po powrocie pojechała do masażystki. Wcześniej może kilka razy w życiu była na jakimś masażu.
— Ten dał mi uczucie takiego błogostanu i ulgi, jakich w życiu nie zaznałam. Pełen akceptacji dotyk masażystki przyniósł ukojenie — twierdzi Anna Parjaszewska.
Odtąd regularnie jeździła do Łodzi, zapraszała masażystkę do Warszawy, organizowała masaż córkom, zachęcała do niego znajomych.
Peloha to wyjątkowa technika stworzona przez parę Australijczyków, Mary i Alana Earle. Porzucili kiedyś swoje życie, zostawili wszystko, co mieli, i z plecakami ruszyli w podróż, uczyć ludzi tego masażu. Jego nazwa wzięła się z angielskiego: peace, love and harmony. Seans trwa około godziny, jest bardzo delikatny i łączy rozmaite techniki, m.in. masażu klasycznego, polinezyjskiego, refleksologii, pracy z meridianami, akupresury, reiki i wielu innych. Jego głównym celem jest przekazanie energii, bezwarunkowej miłości, spokoju i harmonii. Peloha wyrównuje energię ciała, każda jego część jest zaopiekowana. Rezultat to poprawa samopoczucia, rozładowanie stresu, napięć mięśniowych i psychicznych. Masaż świetnie działa przy stanach depresyjnych, lękowych, przy obniżonym nastroju. Na poziomie duchowym ma uzmysłowić, że ważna jest tylko teraźniejszość, że wczorajszy deszcz nas nie zmoczy, a jutrzejsze słońce nie ogrzeje.
— Na masowanego spływa spokój, puszczają blokady fizyczne i psychiczne — mówi Anna Parjaszewska.
Podczas masażu peloha bardzo ważna jest kondycja masażysty. Nie może być w złym nastroju, by nie „sprzedać” swoich problemów. Ma się połączyć z energią wszechświata, ziemi i własnego serca i przekazać ją masowanemu.
— Masaż peloha jest też po prostu bardzo przyjemny. Nie spotkałam nikogo, komu by się nie spodobał. Ja się w nim zakochałam — przyznaje Anna Parjaszewska.
Podzielić się energią
Jakiś czas temu Dorota Jedlicka powiedziała jej: „Masz taki dobry dotyk. Może sama zaczęłabyś masować?”.
— Najpierw pomyślałam: Ja? Przecież nie znam się na medycynie, nie mam nic wspólnego z fizjoterapią — wspomina Anna Parjaszewska.
Ale rzucona myśl zakiełkowała i trzy lata temu właścicielka przedszkola zorganizowała w nim kurs peloha, w którym wzięła udział (w Warszawie kurs dla przyszłych masażystów to wydatek rzędu 850 zł, natomiast poddanie się temu masażowi kosztuje 120-150 zł).
— Podczas kursu doświadczyłam wielu zmian — przyznaje Anna Parjaszewska.
Przede wszystkim pojawiła się akceptacja siebie i innych, ich cielesności bez względu na to, czy ciało jest jędrne i zdrowe, czy stare i schorowane. A także bezwarunkowa miłość do drugiego człowieka — nieważne, co robi, kim jest i z jakimi problemami się mierzy.
— To uczucie przychodzi z czasem i daje ogromną radość — mówi Anna Parjaszewska.
Twierdzi, że nie jest ważne, czy idąc na masaż ma się ogolone nogi, wyszorowane pięty, ale rozumie, że ludzie często boją się ocen. Na szczęście wychodzą z masażu z poczuciem odprężenia, fizycznej i psychicznej ulgi.
— Jestem bardzo energiczna, lubię sport, podróże, działanie. To, że zaczęłam masować, dało mi szansę podzielenia się tą energią — uważa Anna Parjaszewska. Masaż peloha nie jest oczywiście panaceum na wszelkie dolegliwości, ale może być początkiem życiowych zmian, których efektem będzie czerpanie większej radość z życia.
— Przecież nie żyjemy za karę, choć wielu ludzi tak życie traktuje. Walczy z nim, cierpi… Kiedyś głównie im współczułam. Teraz próbuję zarazić swoim podejściem, by traktowali życie jak przygodę — podkreśla Anna Parjaszewska.
Dawać i brać
Co ciekawe, podczas seansu peloha masażysta również czerpie energię, nie męczy się.
— Przeciwnie — kiedy kończę masować, czuję się lekka i radosna. Mogę wykonać kilka masaży jeden po drugim bez zmęczenia — zapewnia masażystka.
Na razie masuje u siebie w domu — dzieci, rodziców i przyjaciół. Myśli, by od jesieni poważnie się zająć masażami peloha. Dzieci już dorosły, biznes nabrał rozpędu, pojawiła się przestrzeń na realizowanie pasji w szerszym wymiarze.
— Mam potrzebę dzielenia się tą przyjemnością z innymi. Potrzebuję tylko trochę czasu, by zorganizować regularne seanse — twierdzi Anna Parjaszewska.
Masaże dla rodziny i znajomych wykonuje bezpłatnie. Po uruchomieniu gabinetu masażu będzie zapewne pobierała pieniądze za usługę. Po pierwsze dlatego, że nie wszyscy cenią to, za co nie płacą.
— Wiele osób nie potrafi też przyjmować prezentów. Dyskomfort z tym związany jest duży, pojawia się uczucie zobowiązania. Uiszczenie opłaty go niweluje — wyjaśnia Anna Parjaszewska.
Myśli też o jakiejś formie wolontariatu, na przykład o wykonywaniu masaży osobom starszym, przebywającym w domach opieki. Żeby być w dobrej formie, kilka razu w miesiącu daje się wymasować. Uczestniczy też w zjazdach trenerów i masażystów pelohy, podczas których wymieniają się doświadczeniami i doskonalą technikę.
— Uważam, że każdy choć raz w miesiącu mógłby podarować sobie przyjemność masażu. Jakiegokolwiek. Ja dzięki masażom stałam się bardziej wyciszona, spokojniejsza i mam więcej akceptacji dla ludzi, co ważne, bo Mądre Główki zatrudniają już około 60 pracowników — mówi Anna Parjaszewska.
W jej przypadku peloha łączy więc przyjemne z pożytecznym.
