Ceny ropy spadły do poziomów niewiele wyższych od tych sprzed ataku Stanów Zjednoczonych i Izraela na Iran. Sugeruje to, że rynki wierzą, że wstępne porozumienie Stanów Zjednoczonych z Iranem przerodzi się w trwały pokój. Wcale nie musi to jednak oznaczać, że wywindowane przez wojnę kursy koncernów paliwowych pogłębią niewielką przecenę i szybko wrócą do poziomów z 2025 r.
- Argumentów za zawarciem trwałego porozumienia jest wiele, stąd negatywna reakcja kursów spółek z sektora oil & gas nie jest zaskakująca. Dotyczy to przede wszystkim podmiotów z dużą ekspozycją na segment wydobycia, w przypadku których dotychczasowe napięcia i eskalacja napięcia na Bliskim Wschodzie przekładały się na wzrost prognozowanych zysków. Niemniej w szerszym ujęciu warto pamiętać o aspektach wspierających tezę inwestycyjną w sektorze – mówi Tomasz Karsznia, szef zespołu analiz TFI PZU.
Zwraca on uwagę, że krótkoterminowo - m.in. ze względu na częściowe zabezpieczenie cen i marż – wyniki finansowe spółek paliowych powinny być bardzo dobre. Ponadto wskaźniki wyceny relatywnej tych spółek nie są wygórowane, a stopy dywidendy czy wolnych przepływów pieniężnych w dalszym ciągu można uznać za atrakcyjne.
- Wreszcie nawet w scenariuszu finalizacji porozumienia i otwarcia Cieśniny Ormuz szanse na szybki powrót cen ropy do poziomów z początku roku będą ograniczane chociażby przez faktyczne możliwości zwiększenia podaży. Chodzi o kwestie związane z zaminowaniem cieśniny, bezpieczeństwem tranzytu i wzrostem stawek ubezpieczeń. Ponadto trwała deeskalacja będzie się wiązać z wielomiesięcznym podwyższonym popytem, m.in. w celu uzupełnienia globalnych rezerw ropy i gazu w magazynach – dodaje Tomasz Karsznia.
- Świat przez ostatnie miesiące zużywał 70-80 mln baryłek ropy tygodniowo z rezerw. W związku z tym szansa na to, że ceny ropy będą dalej spadały, jest według mnie niewielka. Wszyscy będą uzupełniali rezerwy, zanim wydobycie ropy na Bliskim Wschodzie wróci do tych poziomów, które były jeszcze nie tak dawno, czyli cztery miesiące temu. I to jest coś, co trzeba brać pod uwagę, jeżeli mówimy o wycenach koncernów paliwowych – wtóruje mu Rafał Bogusławski, główny strateg w firmie KupFundusz.
Premia za dywersyfikację źródeł dostaw
Rafał Bogusławski przypomina, że w wyniku wojny zniszczone zostały instalacje naftowe dostarczające 10-11 mln baryłek dziennie. Zakłada, że 30 proc. tych dostaw nie da się szybko wznowić. Sytuację podażową mógłby poprawić pokój na froncie rosyjsko-ukraińskim i pełny powrót rosyjskiej ropy na światowe rynki. Specjalista z firmy KupFundusz przypomina jednak, że Rosja obecnie sprzedaje ropę z dyskontem względem cen światowych i na pewno by z niego zrezygnowała, gdyby mogła. Ponadto może szybko rzucić na rynek 1,5 mln baryłek dziennie, a więc ilość niewystarczającą do skompensowania braku 3 mln baryłek z unieruchomionych na dłużej instalacji bliskowschodnich.
Zdaniem Rafała Bogusławskiego ostatnia wojna w Zatoce Perskiej pokazała też, ze świat był nieprzygotowany na takie tąpnięcie podaży związane z geopolityką i teraz różne kraje będą się starały bardziej dywersyfikować źródła dostaw ropy. Będzie to sytuacja korzystna dla największych koncernów mających pieniądze i inne możliwości inwestowania w nowe projekty wydobywcze, w tym takie, które jeszcze pół roku temu wydawały się zupełnie nieopłacalne.
- Większość krajów konsumentów ropy będzie gotowa zapłacić za ropę trochę więcej, woląc zapłacić premię za zdywersyfikowanie źródeł dostaw, niż wystawiać się ponownie na taką sytuację, do jakiej doszło po amerykańskim ataku na Iran – twierdzi Rafał Bogusławski.
Z tych powodów uważa, że w ciągu najbliższych sześciu miesięcy spadek ceny ropy WTI do 60 USD za bryłkę jest nierealny. Już 75 USD uznaje za przesadną reakcję na wstępne porozumienie pokojowe. Jego zdaniem cena równowagi to około 85 USD.
- Rynek zdyskontował już taki scenariusz, jakbyśmy wracali do sytuacji z początku roku. Natomiast możliwych zaburzeń jest bardzo dużo, łącznie z tym, że po 60 dniach okaże się, że rozbieżności w negocjacjach jest tak dużo, że obie strony nie dojdą do ostatecznego porozumienia. To ryzyko jest dość poważne – zaznacza Rafał Bogusławski.
Nie ma powodów do spadku, ale też do wzrostu
Zakładając spadek napięcia, Rafał Bogusławski prognozuje, że w wycenach spółek paliwowych czeka nas pewien okres karencji, który szacuje na co najmniej pół roku.
- Nie ma specjalnych powodów, by spółki te traciły na wartości, ale trudno też znaleźć powody, by ich kursy rosły. Bez dalszego wzrostu cen ropy trudno będzie znaleźć kapitał, który pchnąłby ich wyceny jeszcze wyżej – podsumowuje główny strateg firmy KupFundusz.
- W dłuższym terminie skutki konfliktu mogą być dwojakie. Z jednej strony mogą pojawić się czynniki sprzyjające wyższej długoterminowej cenie ropy, niż zakładano przed konfliktem. Niewykluczone jest pojawienie się opłat za tranzyt przez Cieśninę Ormuz czy podwyższenie kosztów ubezpieczeń tankowców z uwagi na utrzymanie relatywnie wysokiej premii za ryzyko regionu. Z drugiej strony pojawią się czynniki, które mogą ograniczać potencjalny wzrost ceny ropy. Pierwszym z nich jest potencjalne zwiększenie wydobycia ropy naftowej w regionie, kolejnym - w długim terminie - może być dalsze obniżenie ropochłonności gospodarki globalnej implikujące obniżenie popytu – komentuje Paweł Wieprzowski, zarządzający funduszami w PKO TFI.
Zaznacza, że kluczowym parametrem dla wyceny spółek paliwowych niezmiennie pozostaje cena ropy naftowej, a co do jej podaży z rejonu Zatoki Perskiej ma zdanie podobne do Rafała Bogusławskiego.
- W krótkim okresie po zakończeniu konfliktu (pierwsze dwa miesiące) produkcja ropy w krajach regionu powinna wrócić do poziomu ok. 60-70 proc. wolumenu sprzed początku konfliktu. Dojście do 100 proc. zajmie zapewne kilka kolejnych miesięcy - głównie ze względu na techniczne aspekty związane z procesem uruchamiania infrastruktury naftowej – twierdzi Paweł Wieprzowski.
