Pokonanie oporów technicznych na indeksach może być pułapką

Piotr Kuczyński
opublikowano: 2002-11-25 00:00

Z Ameryki

Indeksy ruszyły do góry, kreując mocno pro-wzrostowe formacje. Charakterystyczne dla ostatnich wzrostów jest to, że żadne ostrzeżenia spółek nie robią na rynku najmniejszego wrażenia. Takie zachowanie charakteryzuje rynki w fazie hossy, ale czy przypadkiem nie w końcowym jej odcinku?

Najbardziej jaskrawym przykładem było czwartkowe ostrzeżenie General Electric, które mało że nie przeszkodziło we wzrostach indeksów to zostało tak zlekceważone, że kurs spółki mocno wzrósł.

Uważam, że wystąpienie Alana Greenspana, zrazu zlekceważone przez rynek, było głównym impulsem napędzającym wzrosty. Szef Fed powiedział, że ma inne, oprócz stóp procentowych, narzędzia do zwalczania recesji. Oświadczył, że bank centralny może rozluźniać politykę monetarną kupując długoterminowe obligacje rządowe. Takie rozwiązanie było stosowane w latach 60-tych. Skutkiem byłoby zmniejszenie rentowność obligacji długoterminowych, co wywołałoby kolejną falę refinansowania kredytów hipotecznych i zostawiło w kieszeni konsumentów gotówkę, którą mogliby wydać, wspierając rozwój gospodarki. Podobnie byłoby z wydatkami inwestycyjnym spółek — cena kredytu inwestycyjnego spadłaby. Za to rentowność obligacji krótkoterminowych mogłaby rosnąć, przyciągając inwestorów spoza USA i broniąc w ten sposób wartości dolara. Jest oczywiście i minus: wzrost inflacji i dalszy wzrost i tak już olbrzymiego długu. Jeśli bank zastosuje takie rozwiązanie, wyścig inflacja kontra ożywienie nabierze rumieńców.

Pamiętać ciągle należy o tym, że wojna z Irakiem może dużo zmienić, jeśli nie pójdzie po myśli USA. Wszelkie prognozy wezmą w łeb, jeśli na przykład cena ropy jednak pokona linię szyi domniemanej formacji RGR (około 30-31 USD za baryłkę). Podobnie jest z dolarem. Kto nie wierzył, że USA muszą walczyć z Irakiem, powinien posłuchać wypowiedzi prezydenta Busha na szczycie NATO w Pradze. Oświadczył on miedzy innymi, że Irak poniesie „najostrzejsze konsekwencje”, jeśli nie poinformuje inspektorów ONZ o posiadanych zasobach broni masowego rażenia. Typowy chwyt 22. Wiadomo, że Irak powie, że takiej broni nie ma (czas mija 8 grudnia), a USA zarzucą mu kłamstwo i to już będzie podstawą do wojny.

Na razie ożywienia nie widać, a ci analitycy, którzy je widzą, musza chyba używać niezwykle mocnych teleskopów. Fundusze nie przeżyłyby (dosłownie) trzeciego roku strat — muszą za wszelką cenę przyciągać klientów, a mogą to zrobić jedynie przez windowanie cen. Ta taktyka jest niezwykle niebezpieczna. Amerykanie na razie korzystają ze wzrostów, żeby wycofywać kapitały z funduszy. Odpływ w zeszłym tygodniu był największy od 5 tygodni. Jednak wynikiem ciągnięcia rynku na siłę do góry będzie w końcu napływ nowych kapitałów. Jak zwykle stanie się to na szczycie wzrostów. Amerykanie znowu się zawiodą i zaufanie do rynku akcji kolejny raz spadnie.

Dane makro w zeszłym tygodniu były łaskawe dla inwestorów. Ciekawie zachowuje się inflacja. Ceny producentów wreszcie pokazały duży wzrost, a indeks CPI (inflacja na poziomie detalicznym) jest nadal niski. Zazwyczaj, co jest racjonalne, te dwa indeksy są mocno skorelowane. Tym razem tak nie jest, bo konsumenci tracą siłę nabywczą, a to jest poważne ostrzeżenie. Deficyt handlowy utrzymuje się na prawie historycznym poziomie. Jeśli tak będzie nadal, w przyszłym roku przekroczy 450 mld USD, co będzie oznaczało, że w każdym dniu roboczym inwestorzy zagraniczni muszą ulokować w USA około 1,5 mld USD. Osłabienie dolara mogłoby wywołać spory kryzys, bo kapitał nie tylko nie wpływałby do USA, ale zacząłby odpływać.

Mimo Święta Dziękczynienia w tym tygodniu będzie sporo bardzo ważnych raportów makro. Zwróciłbym uwagę szczególnie na drugie przybliżenie PKB w trzecim kwartale, indeks zaufani konsumentów, sprzedaż domów, zamówienia na dobra trwałego użytku, raport Fed zwany Beżową Księgą i indeks aktywności w rejonie Chicago. Prognozy są bardzo optymistyczne (według zasady, że jak ostatnio było bardzo źle, to teraz musi być lepiej) i to jest główne zagrożenie. Co będzie, jeśli realne dane będą gorsze?

W czwartek giełdy nie pracują (Święto Dziękczynienia) – już od środy na rynku nie powinno się nic dziać. Zazwyczaj po tym święcie następuje rajd św. Mikołaja – analiza techniczna podpowiada, że i tym razem tak powinno być. Nie lubię jednak, jeśli sytuacja wygląda jednoznacznie i daje inwestorom nadmierną pewność rozwoju sytuacji. Na przykład Investors Intelligence podaje, że więcej niż 50 proc. inwestorów jest pozytywnie nastawionych do rynku. Tylko 20 proc. negatywnie. Oznacza to, że większość ma dużo akcji w portfelu i liczy na wzrosty indeksów. Tylko, kto ma od nich kupować, jeśli szeroka publiczność nie zacznie wpłacać pieniędzy do funduszy? Najgorsze jest jednak to, że ten wzrost nie ma żadnego oparcia w fundamentach i jest tylko cyklicznym odreagowaniem. Takie hossy są niezwykle niebezpieczne. Do testu 965 pkt musi dojść, ale od tego momentu zachowałbym szczególną ostrożność.

Z Polski

To był najlepszy tydzień dla polskiego rynku od początku wzrostów w październiku. Dzięki temu WIG 20 traci w tym roku 0,2 proc. Jeszcze lepszy jest węgierski BUX (wzrost o 11,2 proc.) i szansa na przynajmniej następne 15 proc.

W tym samym czasie S&P 500 traci 19 proc., XETRA DAX 36 proc., a CAC 40 29 proc. Czy może być lepszy dowód na to, że takie zachowanie naszych rynków zawdzięczamy perspektywie wejścia do UE?

Są dwa powody, które wywołały wzrosty. Pierwszy to oczywiście pokonanie oporów technicznych przez indeksy amerykańskie. Drugi to fakt, że w poniedziałek dowiedzieliśmy się, że datą wejścia do UE ma być 1 maja 2004 r. Niektóre fundusze mogły przyjąć za pewnik, że to się już nie zmieni i rynek został zaatakowany. Zresztą zarówno rynek akcji, jak i obligacji i walutowy. Uważam, że jeszcze dużo może się zmienić, jeśli chodzi o wejście do Unii zarówno z powodów politycznych jak i ekonomicznych, ale na razie rynek dyskontuje scenariusz pozytywny.

RPP zaczęła się przejmować wzmacnianiem się złotego. Wzmacnianie waluty trwa już od dawna i było całkowicie lekceważone. Nagle rada obudziła się, a kilku jej członków wyraziło zaniepokojenie sytuacją. Postanowiono mniej przejmować się inflacją, a bardziej walutą. Od jak dawna mówi się, że obniżki stóp były zbyt nieśmiałe i rozciągnięte w czasie? Od przynajmniej 2 lat. I zawsze bank centralny odrzucał wszelkie zarzuty, twierdząc, że godzą w niezależność NBP. Teraz, kiedy sytuacja robi się podbramkowa, nastąpiło nagłe otrzeźwienie. Tyko czy nie jest po prostu za późno? Oczywiście, przed takim samym problemem stoją inni kandydaci do UE. Jednak tam od dawna banki centralne walczyły wyraźniej obniżając stopy i przeprowadzając interwencje na rynku walutowym. Owszem, interwencja nie zahamuje aprecjacji na długo, ale znacznie ją spowolni. Na domiar złego widać, że nie ma wewnętrznej komunikacji między RPP a NBP w podstawowych sprawach. Zestawmy dwie opinie. Członek RPP Dariusz Rosati: „złoty się umacnia i nie jest to wynik bezpośredniego napływu kapitału zagranicznego w instrumenty polskie tylko wyraźnie spekulacyjny napływ w oczekiwaniu na obniżkę stóp”. Wiceprezes NBP Jerzy Stopyra: „jest to fundamentalnie uzasadnione. Nie widzimy żadnej spekulacji”. I jak w takich warunkach prowadzić walkę przeciwko wzmocnieniu złotego w obronie gospodarki? Niewątpliwe jest jedno: w tym tygodniu RPP stopy obniży.

Wyraźnie widać, że Europejczycy, mimo że starają się naśladować zachowanie rynku amerykańskiego, większą wagę przywiązują do fundamentów, w których nic się nie zmieniło na lepsze – dlatego sytuacja techniczna indeksów jest gorsza. W październiku inflacja w strefie euro wzrosła do 2,3 proc. w stosunku do zeszłego roku. Komisja Europejska spodziewa się w przyszłym roku poniżej 2 proc. Inflacja ma spadać, a ożywienie gospodarki ma trwać. Jak to pogodzić? Szef KE, Romano Prodi, oświadczył, że cel UE stania się najbardziej dynamiczna gospodarką na świecie do 2010 r. są zagrożone problemami z deficytem budżetowym, które wywołają spadek wydatków inwestycyjnych. To poważne ostrzeżenie.

Kolejny ważny raport makro rynki dostaną we wtorek. Niemiecki instytut Ifo poda swój indeks nastroju biznesu. Jest on przyjmowany za prognozę tego, co będzie się działo z gospodarką w przyszłości. Nie liczyłbym jednak na wielki wpływ tego wskaźnika na rynek. Wszyscy żyją perspektywą ożywienia w drugiej połowie 2003 r.

U nas produkcja przemysłowa wzrosła - niewiele, ale najważniejsze, że trend się utrwala. Poza tym bezrobocie przestało spadać, a prognozy wzrostu PKB są coraz bardziej optymistyczne. Dla zasady przypomnę jednak: to jest odzwierciedlenie ożywienia, które trwało w UE w pierwszej połowie roku. Dalsza koniunktura zależy od tego, czy w końcu gospodarki Europy wyjdą ze stagnacji, czy pogrążą się recesji.

Wydawało się, że decyzja Trybunału Konstytucyjnego uznającego ustawę abolicyjną za niezgodną z Konstytucją stworzy problemy z budżetem. Poza tym opozycja postanowiła wezwać wicepremiera Grzegorza Kołodkę do dymisji. Powtarzam: to nierozsądne posunięcie, służące jedynie zwiększeniu notowań partii, ponieważ olbrzymia większość ludzi ministra nie lubi. Nie zmienia się zwycięskiego zespołu (a ożywienie gospodarki jest faktem) w trakcie gry. Poza tym minister ma szczęście, a zysk NBP uratował budżet. Zresztą to chyba nie tylko szczęście, bo ministerstwo od dawna wiedziało, że zysk banku będzie większy i trzymało tę wiadomość w rezerwie. Fundusze się tymi gierkami politycznymi wcale nie przejęły. Musiały brać pod uwagę, że Trybunał uzna ustawę za niezgodną z Konstytucją, a wiadomo, że do odwołania ministra nie dojdzie. W sobotę doszło za to do uchwalenia budżetu.

Przed nami posiedzenie RPP i spokój w USA przed Świętem Dziękczynienia. W pierwszej części tygodnia powinniśmy mieć do czynienia ze wzrostami choćby z powodu gry pod posiedzenie RPP. Wszyscy widzą już 1300 pkt oczyma duszy. Skoro tak, to zapewne WIG 20 tego poziomu nie sięgnie. Może np. 1265? Potem powinna nastąpić korekta i wypełnienie jednego ze scenariuszy, który zarysowałem w sieci, opierając się na teorii Elliotta. Powrót pod 1185 byłby ostrzeżeniem, że mieliśmy do czynienia z pułapką.