Warszawscy gracze zdają się przywiązywać większą wagę do danych z USA niż sami Amerykanie. Zareagowali bowiem dużo bardziej nerwowo na złe informacje z rynku nieruchomości niż handlujący akcjami za oceanem. Do zakończenia notowań na GPW indeksy w USA nie zeszły poniżej poziomu środowego zamknięcia, chociaż dane o sprzedaży nowych domów okazały się najgorsze od 2000 r. Tymczasem w Warszawie finisz notowań wypadł na najniższym poziomie dnia 3675,83 pkt. Oznacza to 0,54-procentowy spadek głównego barometru giełdowej koniunktury wobec poprzedniej sesji. Lepiej wypadły indeksy spółek średnich i małych, tracąc tylko po 0,1 proc.
Przez większość sesji na GPW inwestorom towarzyszyły jednak dobre nastroje, wywołane udaną środową sesją w USA i zwyżkami cen akcji na rynkach azjatyckich. WIG20 rozpoczął dzień szybkim wzrostem o 1,6 proc., przy okazji otwierając lukę hossy. Szkoda, że na finiszu została ona zamknięta. Gdyby do tego nie doszło, byłaby w kolejnych dniach wsparciem dla ewentualnej korekty. A tak trzeba liczyć na poprzednią lukę z 19 września.
Amerykańscy inwestorzy stąpają po kruchym lodzie. Wydaje się wręcz, że kupujący akcje oczekiwali… złych danych. Bo im gorsze dane o kondycji największej gospodarki świata, tym bardziej rośnie szansa na kolejną obniżkę stóp procentowych przez Fed. Nie da się jednak powiedzieć, by normalna była sytuacja, w której złe dane makro stają się pretekstem do windowania kursów akcji.
Prędzej czy później wartości indeksów będą musiały wrócić do korelacji z fundamentami amerykańskiej gospodarki. Na razie jednak bykom sprzyja także kończący się trzeci kwartał. Zarządzający funduszami w ramach tradycyjnego zjawiska window dressing czasem na wyrost kreują zwyżkę kursów, by nie pozbawić się okresowych premii za wypracowane stopy zwrotu.
Przemek Barankiewicz