Zdaniem prezydenta RP, polscy przedsiębiorcy nadal nie doceniają potencjału własnej gospodarki ani nie dostrzegają, że wyszła ona ze stagnacji.
„Puls Biznesu”: W pierwszej kadencji wprowadzał Pan Polskę do NATO, a w drugiej wprowadza do Unii Europejskiej. Czy jest Pan zadowolony z warunków, na jakich się to odbywa?
Aleksander Kwaśniewski: Przystąpienie Polski do Unii Europejskiej jest niewątpliwie wydarzeniem, które ma doniosłą, historyczną rangę. Oznacza ono ostateczne przezwyciężenie zimnowojennego podziału Europy i stworzenie nowych, trwałych szans na rozwój cywilizacyjny naszego kraju. W takim właśnie kontekście należy postrzegać to, co nastąpi 1 maja 2004 r. W obecnej debacie publicznej — również ze względu na trudną sytuację polityczną — nieco zagubiliśmy tę świadomość doniosłości wydarzenia, nie potrafimy się nim cieszyć. Tymczasem za kilka czy kilkanaście lat nie będziemy pamiętać o wszystkich tych wydarzeniach, które dziś zajmują czołówki gazet, natomiast data 1 maja 2004 r. z pewnością znajdzie się w podręcznikach historii.
Dopiero w tej szerszej perspektywie, mając świadomość rangi wydarzenia, należy rozmawiać o rezultatach negocjacji akcesyjnych i warunkach, na których przystępujemy do Unii Europejskiej. Jestem przekonany, że na szczycie UE w grudniu 2002 r. osiągnęliśmy bardzo dobry wynik. Z pewnością nie należy traktować wyników negocjacji akcesyjnych w kategoriach opozycji interesów, jako gry, w której musi być przegrany i wygrany. Należy pamiętać, że tak naprawdę przedmiotem negocjacji było ustalenie takich reguł przejściowych, które umożliwią sprawną, pozbawioną większych napięć i zawirowań akcesję i efektywne działanie Unii już poszerzonej. Należy mieć nieustanną świadomość tego wspólnego celu, również teraz, po zakończeniu negocjacji.
Podstawowymi zasadami, którymi kierowaliśmy się podczas rokowań akcesyjnych, były: jak najmniejsza liczba ograniczonych czasowo okresów przejściowych oraz pełnia praw i obowiązków dla nowo przystępujących państw. Tylko takie podejście pozwala bowiem na rzeczywistą integrację i eliminuje niebezpieczeństwo wykształcenia się różnych kategorii członkostwa. Oczywiście w niektórych obszarach — jak np. w przypadku rolnictwa czy ochrony środowiska — prawa i obowiązki nabędziemy stopniowo, w ciągu najbliższych kilku lat. Po wygaśnięciu wszystkich okresów przejściowych będziemy jednak dysponować takimi samymi prawami — ale i mieć takie same obowiązki — jak obecne państwa członkowskie.
To, czy bezpośrednio po akcesji potrafimy skorzystać z szansy, którą daje członkostwo, efektywnie korzystać z naszych uprawnień, wiarygodnie wywiązywać się z naszych obowiązków, zależy nie tylko od rezultatów negocjacji, lecz głównie od stopnia naszego przygotowania, sprawności naszej administracji, wreszcie od rozwoju wewnętrznej sytuacji politycznej.
Czy podtrzymuje Pan opinię, że Polska jest do rozszerzenia UE przygotowana lepiej niż dotychczasowe państwa członkowskie?
To nie tylko moja opinia. Wyraził ją w marcu, w Warszawie, komisarz Günter Verheugen. Podczas wykładu w Niemieckim Instytucie Historycznym podkreślił, że Polska i dziewięć innych krajów przystępujących do UE spełnia lepiej warunki unijne niż inne państwa w czasie poprzednich rozszerzeń. Proszę też pamiętać, że nasze dostosowania są na bieżąco monitorowane przez instytucje unijne. Mimo że generalna ocena jest pozytywna, jest jeszcze wiele do zrobienia, np. jeśli chodzi o przygotowanie sektora rolno-spożywczego, przygotowanie do rozdziału dopłat bezpośrednich czy absorpcji unijnych funduszy strukturalnych. Mimo znacznego przyspieszenia prac w ostatnich miesiącach, do przyjęcia zostało jeszcze część ustaw i aktów wykonawczych, dostosowujących nasze prawo do prawa europejskiego. Przygotowania są również konieczne po stronie państw należących już do UE, choć mają one inny charakter. Trzeba pamiętać, że na pracę, którą Polska i inne kraje wykonały w ciągu kilku zaledwie lat, kraje Piętnastki miały lat kilkadziesiąt.
Rozszerzenie UE ma również wymiar społeczny. W Polsce, mimo pewnego załamania się społecznego optymizmu w myśleniu o efektach integracji z UE, zgodnie z badaniami z marca 2004 r. członkostwo w Unii popiera nadal 60 proc. Polaków. Tymczasem jak pokazują badania Eurobarometru z lutego 2004 r. — jedynie 47 proc. obywateli Piętnastki popiera poszerzenie Unii Europejskiej. Sukces poszerzenia Unii wymaga nie tylko dostosowań prawnych i ekonomicznych, ale stworzenia prawdziwej wspólnoty, wyzbycia się z myślenia i działania wszelkich partykularyzmów, a także umiejętności spojrzenia poza horyzont bieżących wydarzeń.
Jaka jest recepta na sukces gospodarczy dla Unii, a jaka dla jej największego nowego członka — Polski?
Jest to pytanie nie tylko o reformy gospodarcze w Polsce, ale w dużym stopniu również o reformy, których wymaga cała gospodarka europejska. Chcemy, żeby cała Europa stała się obszarem, gdzie następuje wzrost poziomu ży- cia, ale również rozwój technologiczny równie szybki, jak za oceanem. Aby postępowi technicznemu i wzrostowi wydajności towarzyszył spadek bezrobocia. I aby te same zjawiska wystąpiły w Polsce — tyle że znacznie szybciej i wyraźniej, bo mamy większy od innych dystans do nadrobienia.
Unia Europejska musi stać się obszarem bardziej dynamicznego rozwoju. Potrzebne są więc reformy do tego zachęcające, modernizujące system państwa opiekuńczego i zapewniające lepsze funkcjonowanie rynku pracy w wielu krajach. Rynki muszą działać sprawniej i musi panować na nich silna konkurencja — z korzyścią dla konsumentów.
Polska ma szansę wykorzystania swojej specyficznej sytuacji. Wstępując do Unii, uzyskujemy, na dłuższą metę, ogromną przewagę konkurencyjną nad krajami zachodniej Europy. Potrzebujemy jednak wielu inwestycji, wiele kapitału, zagranicznego i krajowego, aby móc naszą największą przewagę — dobrze wykwalifikowaną siłę roboczą — właściwie wykorzystać. Do tego zaś potrzebne są głębokie reformy, unowocześniające polską gospodarkę i tworzące zachęty do inwestowania. Nie będziemy po wiek wieków krajem taniej pracy; gdyby zresztą był to nasz jedyny atut, nigdy nie zdołalibyśmy osiągnąć poziomu zachodniej Europy. W pewnym momencie musimy uczynić wiedzę motorem wzrostu gospodarczego, bo jest to jedyny mechanizm pozwalający osiągnąć i utrzymać naprawdę wysokie tempo wzrostu wydajności pracy.
Czy rozszerzona Unia Europejska ma szanse zrealizować Agendę Lizbońską, czyli stać się do 2010 r. gospodarką zdolną do globalnej konkurencji ze Stanami Zjednoczonymi oraz obszarem Pacyfiku?
Agenda jest śmiałym przedsięwzięciem i ogromnym wyzwaniem. Idzie ona w słusznym kierunku — modernizacji gospodarki, tworzenia zachęt do bardziej intensywnego wykorzystywania w gospodarce wiedzy, nauki i techniki, tworzenia zachęt do zwiększania zatrudnienia. To wszystko naprawdę są pięty achillesowe Europy, w tym również Polski. Właściwa jest też recepta: usprawnienie funkcjonowania rynków, zwiększenie nakładów na badania i na edukację. To może nie wystarczyć do doścignięcia USA, zwłaszcza w jakimś określonym kilkuletnim terminie, ale z pewnością są to działania idące we właściwym kierunku.
Jeśli realizując agendę nie da się dostatecznie zdynamizować gospodarki europejskiej i uczynić ją bardziej konkurencyjną, będzie to oznaczało konieczność sięgnięcia do reform jeszcze głębszych.
Jakie stanowisko powinna zajmować Polska w obliczu narastającego i nieuchronnego konfliktu handlowego Unii Europejskiej ze Stanami Zjednoczonymi?
Po pierwsze — nie wierzę w nieuchronność żadnego konfliktu handlowego. Te dwie największe gospodarki świata ściśle ze sobą współpracują, czego dowodem jest również idąca w setki miliardów dolarów wymiana handlowa. Spory dotyczą nielicznych produktów „wrażliwych” — np. stali lub żywności. Z pewnością uda się znaleźć rozwiązanie tych problemów, bez uciekania się do wojny handlowej, uderzającej w cały handel. Na takiej wojnie obie gospodarki poniosłyby zresztą straszliwe straty.
Po drugie jednak — oznacza to konieczność działań na rzecz łagodzenia konfliktów. Polska z pewnością jest zainteresowana taką właśnie polityką handlową Unii — i taką politykę będzie popierać.
Jakie Polska ma szanse na przeciwdziałanie bardzo dla nas niekorzystnemu porozumiewaniu się Rosji bezpośrednio ze „starą” Unią, przy jednoczesnym ignorowaniu nowych państw członkowskich z dawnego obozu socjalistycznego?
To porozumiewanie się nie jest istotnym zagrożeniem dla naszych interesów. W sprawach objętych kompetencjami wspólnoty decyzje zapadają według ustalonych reguł. O te właśnie reguły chodzi w bieżącej gorącej dyskusji na temat tak zwanej konstytucji europejskiej. Rosja, podobnie jak i inne państwa nie będące w UE, mieć tu będzie jednego partnera, a nie każdego z osobna. Sprawdza się to zresztą w rokowaniach między Unią a Rosją, dotyczących objęcia przez dotychczasowe umowy Unii z Federacją Rosyjską nowych państw członkowskich, w tym Polski.
W sprawach zaś nie objętych kompetencjami wspólnoty, bezpośrednie kontakty są i będą naturalne. Nie wszystko przecież zależy od Brukseli. Zakres spraw wspólnych jest zresztą przedmiotem zasadniczych debat w Unii.
Jakie są szanse na odegranie przez Polskę znaczącej roli w polityce wschodniej Unii Europejskiej wobec Ukrainy, Białorusi, Mołdowy i innych republik poradzieckich?
Poprzez mechanizmy Wspólnej Polityki Zagranicznej i Bezpieczeństwa mamy szansę realnego oddziaływania na tworzenie Wymiaru Wschodniego Unii Europejskiej. Naszym celem powinno być dążenie do zdynamizowania i wzmocnienia współpracy Unii z jej wschodnimi sąsiadami. Jako państwo członkowskie będziemy dążyć do doprecyzowania założeń inicjatywy Szersza Europa — Nowe Sąsiedztwo, występować ze szczegółowymi inicjatywami i projektami, przedkładać nasze oceny sytuacji. Nadrzędnym celem rozszerzonej UE wobec państw tego regionu powinno być sprzyjanie reformom demokratycznym i wolnorynkowym, umacnianie niezawisłości, budowanie państwa prawa, rozwój społeczeństwa obywatelskiego.
Jeżeli chodzi o perspektywę członkostwa, to niezmiennie wyrażam pogląd, że Unia Europejska powinna pozostać otwarta na nowe państwa. Należy pamiętać, że warunki przystąpienia do Unii zostały określone w traktacie o Unii Europejskiej, który stanowi, że każde państwo europejskie, respektujące zasady, na których opiera się Unia — wolność, demokracja, poszanowanie prawa, w tym praw człowieka i fundamentalnych swobód — może ubiegać się o status członka Unii.
Czy Polska ma szansę odegrać rolę lidera w naszym regionie Unii Europejskiej? Czy naszej pozycji nie zagrożą Czechy, Węgry albo nawet Słowacja?
Pozycję Polski w rozszerzonej Unii Europejskiej określać będzie m.in. nasze geograficzne położenie w środkowo-wschodniej części kontynentu, niemały potencjał ludnościowy i ekonomiczny oraz aktywna polityka regionalna. Pragniemy być ważnym łącznikiem w tym regionie, rozwijając jak najlepsze stosunki ze wszystkimi sąsiadami. Polska działa na rzecz przezwyciężania starych podziałów na kontynencie i zapobiegania nowym. Temu celowi służy między innymi wysunięta przeze mnie w 2002 roku idea pogłębienia współpracy między krajami Europy Środkowej, Wschodniej i Południowej, nazwana Inicjatywą Ryską.
Szczególne więzi łączą Polskę z jej partnerami z Grupy Wyszehradzkiej — Czechami, Słowacją i Węgrami. Zbliża nas do siebie podobna droga reform politycznych i gospodarczych, na którą wkroczyliśmy w 1989 r. Staramy się ze sobą blisko współdziałać w sprawach związanych z integracją europejską, zacieśniamy dwustronne kontakty na szczeblu rządowym i parlamentarnym, rozwijamy współpracę gospodarczą, kulturalną i transgraniczną, przy aktywnym udziale władz lokalnych, regionów i organizacji społecznych.
Nie mając ambicji do spełniania funkcji regionalnego lidera, Polacy mają jednak świadomość, że z różnych powodów ciąży na ich kraju znacząca współodpowiedzialność za rozwój sytuacji w naszej części Europy. Oczekiwania w tej dziedzinie są zresztą nieraz formułowane pod naszym adresem przez przedstawicieli Unii Europejskiej.
Dyskusje nad Konstytucją UE zdominował temat ważenia głosów, tymczasem w projekcie Konwentu jest wiele zapisów wyraźnie dyskryminujących Polskę. Czy godzimy się na takie zapisy? (Dwa przykłady: art. III-56 specjalnie traktuje — w sprawie możliwej pomocy państwa — tylko niektóre regiony RFN, a pomija państwa posocjalistyczne i poradzieckie; art. IV-5 uwzględnia jako związek regionalny tylko Beneluks, co praktycznie wyklucza uznanie za taki związek np. Grupy Wyszehradzkiej czy republik bałtyckich).
Jednym z największych sukcesów Konwentu jest to, że zdołał on opracować ujednolicony tekst traktatowy, który może być podstawą funkcjonowania rozszerzonej Unii Europejskiej. Warto podkreślić, że pomimo wciąż utrzymujących się różnic stanowisk w kilku najbardziej wrażliwych kwestiach zarówno obecne, jak i przyszłe państwa bardzo wysoko oceniają projekt traktatu i zdecydowanie opowiadają się za szybkim jego uzgodnieniem. Wierzymy, że przyjęcie konstytucji europejskiej wzmocni Unię i usprawni jej prace. Pamiętajmy, że traktat to nie Biblia — nie przetrwa tylu lat i zapewne za kilkanaście lat pojawią się projekty nowego dokumentu, odpowiadającego nowej rzeczywistości w Unii.
Projekt konstytucji obejmuje całość zapisów dotyczących funkcjonowania przyszłej Unii Europejskiej, które dotychczas znajdowały się w kilku traktatach. Tym samym praca Konwentu polegała z jednej strony na uporządkowaniu i uaktualnieniu obecnie obowiązujących tekstów traktatowych, a z drugiej — na zaproponowaniu nowych rozwiązań w kluczowych kwestiach, takich jak usprawnienie prac Unii, zbliżenie jej do obywatela czy wzmocnienie pozycji na arenie międzynarodowej. Nikt nie oczekiwał, że Konwent, a potem Konferencja Międzyrządowa będą od nowa tworzyć każdy z obowiązujących obecnie artykułów traktatowych — gdyby tak było, to prawdopodobnie dyskusje nie zakończyłyby się do dzisiaj. Dlatego też w zaproponowanym tekście znalazło się wiele aktualnie obowiązujących zapisów. Odnosi się to m.in. także do przykładów przytoczonych przez panów. Ich autorem nie jest Konwent, ale zostały one automatycznie włączone do projektu traktatu.
Obecny artykuł 306 oddaje specyfikę współpracy państw Beneluksu, które już w latach czterdziestych stworzyły unię celną i do dzisiaj prowadzą bardzo bliską współpracę zarówno między sobą, jak i w ramach Unii Europejskiej. Odzwierciedla on więc wyjątkowy charakter tej współpracy regionalnej, która jest znacznie ściślejsza i bardziej zinstytucjonalizowana niż obecna współpraca państw skandynawskich w ramach UE czy przyszła współpraca państw Grupy Wyszehradzkiej. Jednocześnie dotychczasowa historia integracji jasno dowodzi, że obowiązywanie tego artykułu w żaden sposób nie wykluczało współpracy regionalnej innych państw, nie prowadziło do jej zahamowania czy ograniczenia. Wprost przeciwnie — obecność w Unii często stanowi impuls do odświeżania i wzbogacania dotychczasowej współpracy regionalnej. Potwierdzeniem jest rozwój takich inicjatyw, jak Proces Barceloński czy Wymiar Północny.
Dlatego też jestem przekonany, że jako państwo członkowskie Polska będzie nadal rozwijać dotychczasową współpracę regionalną, a także aktywnie włączy się w tworzenie Wymiaru Wschodniego rozszerzonej Unii. Ostatni przebieg spotkania prezydentów Grupy Wyszehradzkiej potwierdził, że zarówno Polska, jak i nasi partnerzy są zainteresowani rozwojem dalszego współdziałania i nie widzą dla niej zagrożenia po wejściu do Unii.
Bardziej wrażliwą kwestią są natomiast zapisy obecnego artykułu 87 w sprawie pomocy państwa dla niemieckich krajów związkowych, dotkniętych skutkami powojennego podziału Niemiec. Była to jedna ze spraw, jaką polski rząd podnosił w czasie obrad ostatniej Konferencji Międzyrządowej. Postulowaliśmy, aby prace nad konstytucją europejską mogły być okazją do modyfikacji tego artykułu i rozszerzenia jego obowiązywania na regiony dotknięte konsekwencjami podziału Europy wynikającego z II wojny światowej.
Jednocześnie musimy także pamiętać, że obowiązywanie tego artykułu nie oznacza, że Polska zostanie pozbawiona unijnych środków pomocowych na rozwój naszych regionów, walkę z bezrobociem czy poprawę konkurencyjności polskich przedsiębiorstw. Stając się członkiem Unii, już w najbliższych trzech latach będziemy mieli możliwość otrzymania z budżetu unijnego kilkunastu miliardów euro. Jednym z największych wyzwań naszego członkostwa w Unii będzie właśnie jak najlepsze wykorzystanie tego potencjału dla przyspieszenia rozwoju gospodarczego, modernizacji polskiej gospodarki, nadrobienia dystansu w rozwoju cywilizacyjnym.
Cały spór wokół Nicei dotyczy w praktyce nie tego, w jaki sposób instytucje UE będą podejmować decyzje, tylko jak takie decyzje da się... zablokować. Czy myślenie przez „zaprzeczenie” dobrze wróży przyszłości i sprawności Unii liczącej 25 albo 27 państw?
Już od rozpoczęcia debaty o przyszłym modelu podejmowania decyzji w Unii Europejskiej Polska podkreślała, że u podstaw naszego stanowiska nie leży dążenie do blokowania prac przyszłej Unii. Chcemy być w Unii, aby współpracować z innymi państwami, dlatego w rozmowach z naszymi partnerami przekazujemy, że kluczowe znaczenie ma dla nas znalezienie takiego rozwiązania, które pozwoli zachować równowagę między małymi, średnimi, a dużymi państwami członkowskimi i będzie skłaniać do poszukiwania porozumienia, a nie prowadzić do paraliżu prac Unii.
Zdajemy sobie sprawę, że zarówno w obecnych, jak i przyszłych państwach członkowskich wciąż silne są obawy przed skutkami rozszerzenia. Z jednej strony jest to obawa przed dominacją, z drugiej — przed blokowaniem prac czy osłabieniem procesu integracji przez nowych członków. Aby skutecznie rozwiać te wątpliwości, nie ma innego sposobu, jak tylko rozmawiać i wykazać wobec siebie więcej zaufania. Tylko wtedy będziemy mogli zbudować silną i skuteczną Unię Europejską.
Tym bardziej cieszy, że po grudniowym niepowodzeniu unijnego szczytu nie marnowaliśmy czasu. Dzięki dobrej woli i mobilizacji każdej ze stron ostatnie posiedzenie Rady Europejskiej mogło zakończyć się pozytywnym sygnałem. Przebieg dyskusji potwierdził, że istnieje wola polityczna, aby wyjść naprzeciw obawom poszczególnych państw i znaleźć szybkie rozwiązanie najtrudniejszych kwestii. Nie chcę mówić o możliwych kompromisach, gdyż nastał czas dla cichej dyplomacji, poufnych rozmów, które — wierzę — przyniosą satysfakcjonujące rozwiązania.
To szczególnie istotne, biorąc pod uwagę, że w wielu krajach członkowskich ratyfikacja traktatu będzie odbywać się w drodze ogólnonarodowego referendum. Żeby się do tego dobrze przygotować, potrzebujemy szerokiej dyskusji publicznej w każdym z państw członkowskich, dyskusji, która pomoże przekazać naszym obywatelom rzetelne informacje o przyszłej konstytucji i jej znaczeniu. W tym przekonaniu zainaugurowałem — w lutym tego roku — debatę: „Silna Polska w silnej Europie”. Zachęcam nie tylko do śledzenia jej przebiegu, ale i do aktywnego w niej udziału. Pod adresem: debata.prezydent.pl można przysyłać swoje komentarze i uwagi poświęcone przyszłości Polski jako państwa członkowskiego Unii Europejskiej. Najciekawsze z nadesłanych wypowiedzi publikujemy na stronie internetowej www.prezydent.pl.
Jakie powinny być najważniejsze cele i posunięcia nowego, pierwszego „unijnego” rządu?
Problemem Polski jest to, że stan nastrojów społecznych i nastrojów uczestników rynku nijak się nie ma do rzeczywistych wyników gospodarczych. Mamy w Polsce już obecnie do czynienia z szybkim wzrostem gospodarczym, jednym z najszybszych w Europie. Tymczasem wszyscy zachowują się tak, jakby gospodarka tkwiła w recesji. Pierwszym zadaniem nowego rządu jest dotarcie do przedsiębiorstw z wiarygodnym przesłaniem: weszliśmy w okres szybkiego wzrostu, rząd w pełni panuje nad sytuacją. Aby to przesłanie było wiarygodne, niezbędna jest determinacja w reformowaniu finansów publicznych, ułatwianiu warunków do gospodarowania i inwestowania, zmiana stylu rządzenia. Wierzę, że nowy rząd będzie do tego zdolny.
Co może Pan powiedzieć przedsiębiorcom, z których wielu obawia się, że konkurenci z UE będą po 1 maja dla nich poważnym zagrożeniem, a politycy niewłaściwie bronią ich interesów?
Polscy przedsiębiorcy powinni przede wszystkim zdać sobie sprawę z tego, że to w ich rękach jest przewaga konkurencyjna i że to raczej firmy produkujące w zachodniej Europie powinny bać się konkurencji z ich strony, a nie odwrotnie. Zresztą, prawdę mówiąc, oni się boją. Polscy przedsiębiorcy mogą produkować znacznie taniej, bo znacznie tańsza jest w Polsce praca. Kapitał, po dziś dzień drogi i trudno dostępny, będzie z dnia na dzień tańszy. Stopniowo poprawiać się też będzie praca administracji publicznej, poprawiać się też będzie — zwłaszcza skutkiem wykorzystania funduszy unijnych — stan infrastruktury.
To oczywiście nie znaczy, że polskim przedsiębiorcom będzie łatwo. Konkurencji naprawdę trzeba umieć stawić czoło, a z przewag trzeba umieć skorzystać. Nie po to jednak od 15 lat tworzyliśmy gospodarkę rynkową, aby teraz bać się Unii. Mamy sprawne, zdolne do rozwoju przedsiębiorstwa, którym politycy przede wszystkim powinni nie przeszkadzać w działaniu.
Wyobraźmy sobie, że mamy 1 maja 2009 r., kończy się pierwsza kadencja Parlamentu Europejskiego z udziałem naszych posłów, a cała Polska obchodzi 5-lecie członkostwa w UE. Jakim chciałby Pan w tym momencie widzieć nasz kraj?
Jestem przekonany, że Polska w Unii Europejskiej będzie państwem liczącym się i aktywnym. Jesteśmy przecież niezwykle atrakcyjnym i dynamicznie rozwijającym się krajem z blisko 40 milionami mieszkańców. Polacy to najmłodsze społeczeństwo Europy, gdyż niemal 60 proc. ludności nie przekroczyło 40 roku życia. 2009 r. będzie należał do dobrze wykształconego i chętnego do działania młodego pokolenia Polaków. Liczę na to, że będzie ono wspólnie ze swoimi rówieśnikami z innych krajów budować silną Europę, a tym samym dawać dobre świadectwo Polsce.
Aleksander Kwaśniewski, prezydent Rzeczypospolitej Polskiej