Polacy przyspieszają w jabłkowym wyścigu

Michalina SzczepańskaMichalina Szczepańska
opublikowano: 2013-08-05 00:00

Na placu Czerwonym, pod piramidami, za Wielkim Murem. Sadownicy wykorzystują unijne pieniądze, by rozpychać się na nowych rynkach

Big Apple powinno kojarzyć się nie tylko z Nowym Jorkiem, ale też krajem nad Wisłą. Polacy jabłkami szturmem zdobyli Rosję, stając się w zeszłym roku największym ich dostawcą na tamtejszy rynek. Teraz na celowniku mamy Egipt i Chiny, choć za Wielki Mur polskie jabłka jeszcze nigdy nie zawitały. Dlatego sadownicy wzięli się za marketing. Za ponad 25 mln zł będą prowadzić kampanię promującą europejskie jabłka na tamtejszych rynkach. Ponieważ 20 mln zł z tej kwoty wyłożyła Unia, promować będziemy nie polskie, lecz europejskie jabłka. Ale jako ich trzeci producent na świecie Polska i tak najwięcej na tym skorzysta.

None
None

— Na razie Chiny były dla nas niedostępne, ale widzimy, że zaczynają importować śladowe ilości jabłek. To dobry moment na wydeptanie sobie ścieżki na ten rynek. Nie chcemy, żeby ktoś nas ubiegł — mówi Mirosław Maliszewski, prezes Związku Sadowników RP (ZS RP).

Kampania ma ruszyć za rok.

— Żeby transport był opłacalny, jabłkami trzeba wypełnić statek, który pomieści 20-30 tys. ton. Realne jest osiągnięcie w ciągu najbliższych lat sprzedaży na poziomie 100-200 tys. ton w skali roku — twierdzi Mirosław Maliszewski.

Byłaby to jedna trzecia tego, co udało nam się w ubiegłym roku sprzedać w Rosji, gdzie również intensywnie się promujemy.

— Jesteśmy uzależnieni od rosyjskiego rynku — trafia tam nawet 70 proc. całego naszego eksportu. Oczywiście warto zwiększać sprzedaż do Rosji, ale tym bardziej należy rozwijać kolejne kierunki — zwłaszcza że nasze jabłka są jednymi z najtańszych w Europie, ale jakościowo są porównywalne z droższymi — przekonuje Mirosław Maliszewski. Co ciekawe, wcześniej Rosję — a dokładnie jej azjatycką część — jabłkami zasypywali... Chińczycy.

— Krajowy popyt wzrósł jednak tak mocno, że Chiny produkują obecnie w dużej mierze na własne potrzeby — wyjaśnia prezes ZS RP.

Dla potomków faraonów

Sadownicy próbują też zadomowić się pod piramidami.

— W minionym sezonie [który dla sadowników trwa od jesieni do wiosny — red.] zaczęliśmy wysyłać pierwsze większe partie jabłek do Egiptu. Udało nam się dostać na tamten rynek, bo dominujący na nim Francuzi mieli mniejsze zbiory. Planowana na kolejne lata kampania promocyjna ma nam zapewnić nie tylko utrzymanie zdobytej pozycji, ale jej wzmocnienie. Tamtejszy popyt generują nie tylko mieszkańcy, ale też turyści — twierdzi Mirosław Maliszewski.

W ubiegłym roku na egipski rynek trafiło prawie 500 ton jabłek, a tylko w pierwszym kwartale 2013 r. już 1 tys. ton. Zdaniem prezesa ZS RP, realne jest zwiększenie zbytu do kilku tysięcy ton. To wprawdzie kropla w morzu, bo nasza produkcja sięga 3 mln ton, ale — jak przekonują przedsiębiorcy — produkując z roku na rok więcej dzięki wyższej wydajności sadów, muszą szukać nowych rynków, bo inaczej nie pozbędą się towaru.

— W ciągu kilku lat Polska może produkować 4-5 mln ton jabłek. Musimy mieć gdzie je sprzedać. Nowych odbiorców szukamy też na własną rękę. Co dziesiąte jabłko zjadane w Norwegii pochodzi z naszej firmy. Dostarczamy co roku 7-8 tys. ton. Znaleźliśmy też odbiorców w Mongolii. Jabłka są tam bardzo drogie, bo kosztują 7 USD za kg, co ogranicza ich spożycie, ale to kolejny rynek, na którym warto być — opowiada Roman Cybulski, prezes Jabłuszka, organizacji zrzeszającej producentów owoców.

Grunt to marka

W branży krąży też historia polskiego producenta, który wyjechał do Kanady na wakacje, a wrócił z kontraktem, bo Kanadyjczykom tak mocno zasmakowały polskie jabłka. Właśnie za granicą, a nie nad Wisłą, polskie jabłka mają markę.

— Na większości rynków, na które wysyłamy — w sklepach w Moskwie, Sankt Petersburgu i u Skandynawów — jesteśmy znani jako Jabłuszko Drwalew. W Polsce pojęcie marki owoców jeszcze nie funkcjonuje. To skutek warunków współpracy z sieciami handlowymi, które utrudniają producentom zbudowanie wizerunku. Jeśli klient poznaje markę i ją docenia, to później szuka konkretnych produktów, więc detalista musi je zamawiać. Wtedy ma mniejsze możliwości negocjowania ceny — tłumaczy Roman Cybulski.