Policjant wojownik i prokurator umarzacz

Maciej Wnuk
opublikowano: 2002-09-27 00:00

Gdy kontrola w urzędzie stwierdzała podejrzenie przestępstwa, moim zadaniem było przygotować i złożyć zawiadomienie do prokuratury, a potem stawić się na przesłuchanie, podtrzymać i wyjaśnić zarzuty. Na filmach prokuratorzy i policjanci zawsze wychodzą z siebie, aby udowodnić przestępstwo. Rzeczywistość jest bardziej skomplikowana.

Jedna z rejonowych prokuratur warszawskich. Idzie o zaniżenie dzierżawy gruntu i pawilon, który nie powinien na nim powstać. Przeglądam akta umorzonego dochodzenia, by wnieść zażalenie do prokuratury okręgowej. Jak można było umorzyć sprawę, w której gmina poniosła ewidentną szkodę — 80 tysięcy zł? I czytam, jak w uzasadnieniu kluczowe fragmenty po prostu przepisano z wyjaśnień obwinionych urzędników. Bez jakiegokolwiek krytycznego komentarza!

Do pokoju zagląda prokurator. Częstuje herbatą. Chwali za wnikliwe wykonywanie obowiązków kontrolera w urzędzie dzielnicy. — Bardzo dobrze, że złożył pan zawiadomienie do prokuratury, to pana rola... Niestety materiał dowodowy jest za słaby, by udowodnić winę przed sądem — mówi. A potem narzeka na zarobki („2,5 tys. zł jest świetną pensją na prowincji, ale nie w Warszawie”) i wspomina adwokatów, których stać na wakacje na Malediwach. Wiem, że mam do czynienia z typem umarzacza.

Przesłuchanie w prokuraturze w środkowej Polsce. Waham się, czy użyć sformułowania, że urzędnik odniósł korzyść majątkową. Prokurator nie ma wątpliwości: „przecież tak pan napisał w zawiadomieniu” — mówi i wpisuje do protokołu. Czasami podpowiada prawnicze formułki. Na biurku dostrzegam trzy komentarze do kodeksu karnego. Wiem, że mam do czynienia z typem wojownika.

Stołeczna komenda policji. Prokurator zlecił jej śledztwo, dotyczące fałszerstwa dokumentów i przekrętów, związanych z planowaniem przestrzennym. Młoda policjantka gubi się w wątkach, aktach prawnych i interpretacjach. Studiuje prawo administracyjne, ale nigdy nie zetknęła się z takimi aferami. Brak kompetencji — nawet specjalnie ją o to nie winię: sam wgryzałem się w sprawę dwa miesiące — momentami przykrywa butą. Po trzech godzinach udaje mi się wytłumaczyć istotę przestępstwa. Już jednak przeczuwam, że ze sprawy nic nie wyjdzie. Urzędnicy znacznie łatwiej przekonają ją o swej niewinności.

Znowu stołeczna policja, tym razem komórka przestępczości zorganizowanej. Policjant przegląda dokumenty, notuje wyjaśnienia. Po części oficjalnej rozmawiamy o pracy. Policyjna robota jest dla niego pasją. Pytam o warunki finansowe. Wcale na nie nie narzeka! Zarabia 2,5 tys. i mówi, że to niezła pensja, aby łapać przestępców. Rasowy policjant.

W prokuraturach, na policji dla jednych praca jest pasją — ci starają się przygotować akty oskarżenia. Inni zaś, którzy, robią co robią dla zarobku — wolą umarzać nieewidentne sprawy. Niestety przestępstwa samorządowe ewidentne nie są. Uszczuplanie majątku gminy nie polega na tym, że kasjer wynosi z kasy gotówkę. Śledztwa winni prowadzić fachowcy. Jeżeli dochodzenie rozpocznie specjalista od pospolitych kradzieży albo prokurator, zajmujący się na co dzień głównie sprawami o wyłudzanie kredytów — nie ma mowy, aby zakończyło się aktem oskarżenia.

Prokuratorzy z reguły nie lubią też spraw zahaczających o politykę, a do takich w końcu należą często przestępstwa urzędnicze. Wiadomo: dziś rządzi jedna orientacja polityczna, jutro — inna. Najbezpieczniej zatem sprawę umorzyć. Tylko czy o taką apolityczność organów ścigania nam chodzi?

Autor był w latach 1994-98 radnym Warszawy, a w latach 1999-2000 specjalistą kontroli wewnętrznej w Urzędzie Dzielnicy Śródmieście Gminy Warszawa Centrum. Jest członkiem zarządu antykorupcyjnej organizacji Transparency International Polska.