Polityka i inflacja będą rządzić indeksami w Warszawie

Piotr Kuczyński
opublikowano: 14-06-2004, 00:00

Zagraniczne fundusze nie zrezygnują z zarobku tylko dlatego, że w Polsce odbędą się sierpniowe wybory.

Z Ameryki

Nieoczekiwanie skrócił się giełdowy tydzień w USA, co trochę wykrzywiło obraz rynku. Poniedziałkowa sesja pokazała jednak, że obóz byków jest nadal bardzo silny. Co prawda silny słabością podaży (mały wolumen), ale wystarczająco mocny, by wygenerować sygnał kupna i zapewnić trzeci z kolei tydzień zwyżki. Akcjom nadal pomagała taniejąca ropa. Decyzja OPEC, zwiększone zapasy w USA i prognozy Departamentu Energii USA, że ceny surowca spadną w trzecim kwartale poniżej 36,20 USD, w kilka dni sprowadziły notowania blisko tego właśnie poziomu. Podniósł je jednak potem raport Międzynarodowej Agencji Energii twierdzącej, że popyt w 2004 r. będzie większy od ostatnich prognoz.

W tym tygodniu rynek ropy zejdzie na plan dalszy, a inwestorzy będą się przygotowywali do posiedzenia FOMC (komitet Fed sterujący polityką monetarną). W ostatnich dniach zarówno Alan Greenspan, jak i szefowie regionalnych oddziałów Fed oswajali rynki z możliwością wzrostu stóp nawet o 50 pkt baz. Po reakcjach inwestorów widać, że taka decyzja może być już zawarta w cenach akcji, nie ulega jednak wątpliwości, że czekają nas jeszcze różne dziwne reakcja na dane makro.

Nadchodzące miesiące będą bardzo interesujące. Widać to, jeśli ogląda się rynek przez pryzmat zarówno analizy technicznej, jak i sytuacji makroekonomicznej. Na wykresach indeksów można dostrzec, że brak jeszcze jednej silnej, kończącej hossę fali wzrostowej. W obrazie makro można znaleźć przesłanki jej powstania. Richard Berner z Morgan Stanley napisał ostatnio, że są cztery powody, dla których gospodarka w drugiej połowie roku ruszy mocno do przodu: przełożenie ożywienia gospodarczego na poprawę sytuacji na rynku pracy (bardzo prawdopodobne), spadek cen paliw i energii (po sezonie letnim, a przed zimowym ropa rzeczywiście może tanieć), mały poziom zapasów w hurtowniach (w maju spadły po raz pierwszy od sierpnia 2003 r.; w trzecim kwartale hurtownie zaczną je przed Bożym Narodzeniem zwiększać) i zbliżający się termin wygaśnięcia różnego rodzaju ulg podatkowych mających pobudzić wydatki inwestycyjne (firmy będą się starały inwestować przed końcem roku). Teoretycznie zaszkodzić może zwolnienie tempa gospodarki chińskiej, ale jak na razie jest ono nieznaczne (spadek dynamiki produkcji z 19 do 18 proc.) i nie przeszkadza w ożywieniu w innych krajach azjatyckich. Oczywiście, w końcu Chiny będą musiały mocniej przycisnąć pedał hamulca, ale zapewne zrobią to dopiero po Nowym Roku.

W tym równaniu brakuje jednego czynnika — geopolityki. Nie sposób jednak przewidzieć, co może się wydarzyć na świecie. Przecież nikt nie wie, kiedy, gdzie i z jaką mocą uderzą terroryści. I czy w ogóle uderzą. Poza tym przed wyborami prezydenckimi indeksy w USA zazwyczaj rosną. Jeśli sytuacja gospodarcza będzie się poprawiała, to wzrosną szanse wygranej obecnego prezydenta, a to wzmocni optymizm rynków finansowych. Jednak w każdym zwycięstwie leży zarodek klęski, a w każdej hossie trzeba widzieć początek bessy. Gospodarka USA rozwija się tylko dzięki nadzwyczajnym impulsom płynącym z banku centralnego i administracji federalnej. W 2005 r. Amerykanie zostaną z historycznym zadłużeniem, spadającymi cenami domów i rosnącymi stopami procentowymi. Uważam więc, że w tym roku hossa się skończy. Logiczne by było, by jej końcówka wypadła albo po letniej hossie, albo na przełomie roku. Dużo czasu i dużo pieniędzy do zarobienia. Ale podkreślam: pod warunkiem, że jeśli nie będzie wydarzenia na skalę ataku z września 2001 r. Fed już nie ma amunicji, by ratować gospodarkę światową.

W odróżnieniu od zeszłego tygodnia nadchodzący będzie pełen raportów, które dokładnie pokażą, jak wygląda gospodarka, sprzedaż detaliczna i inflacja. Będą to dane, które Fed musi brać pod uwagę, podejmując decyzję o podwyżce stóp (29 -30 czerwca), bo to, że stopy podniesie, jest pewne. Nie wiadomo tylko, czy pójdą w górę o 25 czy też o 50 pkt baz. Reakcje na dane mogą być gwałtowne i nie do przewidzenia. Dlatego nie wiem, czy indeksy będą kontynuowały zwyżkę czy też trzytygodniowy wzrost okaże się pierwszą podfalą ostatniej fali hossy (wtedy rynek czekając na Fed wszedłby w korektę). Nie spodziewam się jednak dramatów. Ten wzrost zaczął się trochę zbyt wcześnie, prawdziwa letnia hossa powinna rozpocząć się tuż przed albo zaraz po posiedzeniu Fed. Najbardziej rozsądne byłoby, by rynek się teraz trochę uspokoił i wszedł w konsolidację.

Z Polski

Ostatni tydzień na GPW znowu nie przyniósł bykom sukcesów. Byliśmy jednym ze słabszych rynków na świecie, ale faktem jest, że inne giełdy krajów rozwijających się też były gorsze od głównych światowych. Zazwyczaj przed podwyżkami stóp w USA rynki rozwijające zachowują się najsłabiej. U nas dodatkowo podaż zwiększyły (ale nie zwiększyły obrotów): przedłużony weekend, wybory do Parlamentu Europejskiego i zapowiedź przyspieszenia głosowania nad wotum zaufania dla rządu.

Wzrósł popyt na polskie obligacje i nadal wzmacniał się złoty. Od kilku tygodni nasza waluta wyraźnie zmienia trend, a to może sygnalizować, że kapitał zagraniczny lekceważy polskie problemy polityczne. Nie zważa też na to, że nasze media znowu alarmują o przekroczeniu przez dług publiczny 55 proc. PKB (agencja ratingowa Fitch zdaje się tym nie przejmować i liczy dług metodologią ESA — wtedy nie przekroczy on na koniec roku 53 proc.). Poza tym wszyscy wiedzą, że planu Jerzego Hausnera nie uda się przyjąć zarówno w nowym Sejmie, jak i w obecnym. Niektórzy analitycy twierdzą, że kapitał zagraniczny płynie do nas, bo wierzy w wotum zaufania dla rządu Marka Belki i w przyjęcie programu Jerzego Hausnera. Wydaje mi się jednak, że takie niedocenianie inwestorów zagranicznych jest nieporozumieniem. Owszem, banki inwestycyjne uważają, że jest szansa na wotum zaufania, ale niewiele większa od 50 proc. Zagraniczni inwestorzy nie są wszak naiwni i zazwyczaj to oni wywożą z Polski zyski.

Zachowanie funduszy nadal wydaje się sygnalizować, że trwa zbieranie akcji przed letnią hossą. Ostatnio Otwarte Fundusze Eemerytalne odchudzały portfele, pozbywając się akcji, a to jest bardzo „byczy” sygnał. Te fundusze jakoś dziwnie pozbywają się akcji, sprzedając je zagranicy dokładnie wtedy, gdy ma się zacząć większy wzrost indeksów. Jeśli zagranica uwierzy, że złotówka będzie się wzmacniała, i że na giełdach światowych zapanuje letnia hossa, to nie ma możliwości, by i nasz rynek na tym nie zyskał. Wtedy inwestorzy zarobiliby dwa razy: na kursach akcji i na wzmacniającym się złotym. A jeśli tak, to uderzenie popytu nastąpi zarówno z rządem Marka Belki, jak i bez.

A teraz o polityce. Po niedzielnych wyborach do Parlamentu Europejskiego coś (niezbyt dużo) już wiemy. Przede wszystkim nie należy tego największego sondażu opinii publicznej traktować poważnie. Mała frekwencja daje przewagę mieszkańcom dużych miast i wyborcom wykształconym. To z góry daje przewagę PO i PiS, a zmniejsza szanse PSL i Samoobrony. W normalnych wyborach sytuacja będzie inna. Ale oczywiście politycy i inwestorzy postarają się o tym zapomnieć.

Po wyborach ważne są trzy elementy. Po pierwsze rynek przyjmie z nadzieją wyraźną wygraną PO. Po drugie lepiej byłoby, gdyby zarówno PSL, jak i SdPl nie weszły do PE — zagranica uważa, że wtedy szybciej pogodzą się z rządem Marka Belki. Po trzecie, politycy przegranych partii musieliby zacząć zmieniać front, sygnalizując chęć poparcia rządu. Zgranie tych trzech elementów zapewniłoby przynajmniej przez chwilę lepsze nastroje na naszych rynkach finansowych. Co do dwóch pierwszych nie wypowiadam się — wszystko jest możliwe. Ostatni zaś to tylko mit. Te partie zdania nie zmienią. Szybciej zmięknie PO, która musi bardzo się bać, że w sierpniu przegra z Samoobroną (pora roku niekorzystna dla PO). Dopiero gdyby wszyscy stracili złudzenia i pewne okazały się wakacyjne wybory, zobaczylibyśmy, jakie są realne zamiary funduszy zagranicznych. Zakładam, że to są fundusze spekulacyjne, które nie zrezygnują z zarobku tylko dlatego, że w Polsce w sierpniu przyjdzie czas przyspieszonej elekcji.

Zbliża się szybkimi krokami nie tylko posiedzenie Fed, ale i naszej Rady Polityki Pieniężnej. Każde dane makro będą teraz bardzo dokładnie oglądane i interpretowane pod kątem ewentualnej podwyżki stóp. Tydzień rozpoczniemy danymi o inflacji na poziomie konsumenta, a skończymy tymi na poziomie producenta. Na deser dostaniemy jeszcze informacje o dynamice produkcji (te powinny być raczej słabe). Nie tylko RPP, ale i inwestorzy będą mieli o czym myśleć: wysoka inflacja wpłynęłaby przecież niekorzystnie na rynek akcji.

Jeśli rzeczywiście głosowanie nad wotum zaufania dla rządu odbędzie się w tym tygodniu, to cały cykl przygotowań do letniej hossy zostałby bardzo skrócony. Trzeba brać pod uwagę to, że w piątek zarówno na GPW, jak i na innych giełdach przypada dzień wygasania kontraktów. U nas to najczęściej wywołuje spadki indeksów. Jeśli dodamy te dwa elementy, to można się obawiać, że rynek będzie kontynuował spadkową fazę korekty. Pocieszające może być to, że ilość niedźwiedzi sięgnęła dawno niewidzianego poziomu 64 proc., co jest mocnym kontrariańskim sygnałem kupna. Ponadto, indeksy mogą spaść, jeśli Marek Belka nie dostanie wotum zaufania, ale powinien to być ostatni element korekty.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Piotr Kuczyński

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Gospodarka / Polityka i inflacja będą rządzić indeksami w Warszawie