Półroczna iluzja mocarstwowości

Jacek Zalewski
opublikowano: 2011-07-01 00:00

Dzisiaj w Warszawie polityczna elitarna gala goni galę — od Sejmu po Teatr Wielki, na okrasę zaś igrzyska w postaci nocnego koncertu dostanie również ludność. W atmosferze narodowego uniesienia wypada jednak przypomnieć, jakiż to radosny dzień nam nastał. Otóż Polska obejmuje półroczny dyżur, niczym kolejny uczeń w klasie, ale przecież nie w Unii Europejskiej, lecz w Radzie UE. Językowo to różnica niepozorna, ale merytorycznie wręcz kolosalna! Chodzi o urzędnicze koordynowanie i przewodzenie obradom wspomnianego organu, zbierającego się w dziesięciu branżowych radach ministrów. Przewodniczący zebrania musi wykazać się sprawnością i może trochę posterować dyskusją, ale wciąż pozostaje tylko jednym z 27 równych współdecydentów. To bardzo ważna okoliczność dla stonowania naiwnych polskich oczekiwań wobec prezydencji, w tym również środowisk przedsiębiorców.

Prezydencja pochodzi z czasów, gdy wspólnotę tworzyło sześć państw założycielskich. Po kolejnych rozszerzeniach została utrzymana, co w praktyce oznacza, że jednemu państwu trafia się coraz rzadziej. W skomplikowanym systemie decyzyjnym Unii Europejskiej stała się już archaizmem. Zachowuje jednak wielkie znaczenie symboliczne, będąc ukłonem w stronę Europy Ojczyzn i przypomnieniem, że UE to jednak nie Stany Zjednoczone Europy! Podbudowuje ego klasy rządzącej, ale pośrednio także wszystkich obywateli. Zwłaszcza małym państwom daje iluzję mocarstwowości, bo prezydencja np. cypryjska jest formalnie równa niemieckiej. Podobną fikcją w instytucjach UE stała się równość 23 języków, wszystkie dokumenty czy obrady są identycznie tłumaczone zarówno na angielski, jak i… maltański. Czar pryska przy podejmowaniu decyzji, gdzie pakiet kontrolny wciąż mocno trzymają rodzice wspólnoty, czyli Francja i Niemcy.

Znaczenie państwa sprawującego prezydencję, a konkretnie szefa jego rządu, od półtora roku radykalnie obniżył traktat z Lizbony. Poprzednio premier (lub czasem prezydent, jak w przypadku Francji) przez sześć miesięcy faktycznie grał unijne pierwsze skrzypce, kierując szczytami Rady Europejskiej, a także występując w relacjach zewnętrznych. Jednak stały kierownik szczytów Herman Van Rompuy wyzerował wpływy swoich rotacyjnych pomocników, równie taktownie co zdecydowanie. Zmieniający się premierzy po dawnemu siadają na szczytach za prezydialnym stołem, ale na jego skraju i głównie robią tam dobre wrażenie…