Polska coraz zazdrośniej spogląda na czeską koronę

Ignacy MorawskiIgnacy Morawski
opublikowano: 2022-02-03 20:00

Mocna waluta i wysokie stopy procentowe są coraz bardziej doceniane nad Wisłą jako dobry kierunek polityki gospodarczej.

Czesi twardo prą do przodu z ostrymi podwyżkami stóp procentowych. Polska podąża ich śladem, choć dużo wolniej. Chcielibyśmy w Polsce znaleźć pośrednią ścieżkę między zdecydowanym zwalczaniem inflacji a jednocześnie utrzymywaniem silnego popytu w gospodarce. Można jednak odnieść wrażenie, że czeska ścieżka coraz bardziej przemawia do polskich decydentów. Widać to po coraz bardziej jastrzębich wypowiedziach Adama Glapińskiego, prezesa NBP. Chcemy mieć i dużo wyższe stopy, i mocniejszą walutę – jak Czesi.

W czwartek Narodowy Bank Czech (CNB) podniósł stopę referencyjną o 0,75 pkt proc., do 4,5 proc. To może być już koniec tego cyklu podwyżek, ale Czesi są pod tym względem daleko przed Polską. Wykonują zdecydowane ruchy, podczas gdy Narodowy Bank Polski preferuje strategię mniejszych kroków – po 0,5 pkt proc. Dlatego różnica między stopą polską a czeską spadła do najniższego poziomu w historii. Za tym podąża kurs korony, która systematycznie się umacnia do złotego.

Jeszcze kilka miesięcy temu czeska ścieżka wydawała się w Polsce zbyt radykalna. Przyznaję, że nawet ja, choć relatywnie wcześnie zdałem sobie sprawę z konieczności zacieśnienia polityki pieniężnej, sądziłem latem zeszłego roku, że Czesi podnoszą stopy za szybko, a radykalne zacieśnienie monetarne wywoła recesję i zniweczy szanse na ustabilizowanie gospodarki po pandemii.

Skok inflacji zmienił jednak perspektywę. Przy 10-procentowej inflacji ryzyko wymknięcia się procesów inflacyjnych spod kontroli jest zbyt duże, by reagować ostrożnymi ruchami. Małe ruchy sprawiają, że realne stopy procentowe de facto spadają, stymulując dodatkowo popyt i ceny. Dziś widać, że Czesi mieli rację – nawet jeżeli wciąż do rozstrzygnięcia pozostaje pytanie, czy rzeczywiście warto podnosić stopy aż tak wysoko. W polskim banku centralnym też narasta prawdopodobnie przekonanie, że czeska ścieżka szybkich podwyżek stóp i mocniejszej waluty jest dobra. Prezes NBP mówił niedawno, że stopy wzrosną w Polsce szybciej, niż oczekuje sam rynek. W tym tygodniu powiedział, że Polska potrzebuje mocniejszej waluty. To istotna zmiana tonu, bo jeszcze niedawno prezes banku centralnego sugerował, że kurs euro w okolicach 4,50-4,60 zł jest dobry dla gospodarki. Podejrzewam, że dziś wolałby widzieć kurs w okolicach 4,30-4,40 zł.

Zmianę opinii w banku centralnym warto docenić. Istniało ryzyko, że polskie władze – zarówno na szczeblu politycznym, jak i finansowym – będą uparcie bagatelizować inflację. Wielu ekonomistów pracujących w banku centralnym publicznie przekonuje, że nie ma sensu podnosić stóp procentowych. Mimo to zarówno prezes Adam Glapiński, jak i Jarosław Kaczyński, prezes PiS, ewidentnie chcą zacieśnienia monetarnego. Pokazuje to, że eksperymenty rodem z Turcji czy Ameryki Południowej, oparte o kontrolowanie inflacji metodami administracyjnymi (jak kontrola cen) lub poprzez alternatywne metody monetarne (obniżki stóp jako sposób na obniżkę cen), nie znajdują u nas poklasku nawet w kręgach dalekich od klasycznego myślenia o ekonomii. Jest to zjawisko warte docenienia.

Dla mnie nie jest w pełni jasne, czy optymalna dla Polski stopa procentowa jest dziś bliżej 3 czy bliżej 6 proc. Jest i było natomiast jasne, że nie możemy ryzykować osłabienia waluty, która już jest na poziomie ekstremalnie atrakcyjnym dla eksporterów.

Na razie złoty leniwie reaguje na zmianę tonu w polskim banku centralnym. Sądzę jednak, że szansa na umocnienie złotego jest dziś większa, niż wydawało się kilka miesięcy temu.