Polska giełda zamarła czekając na decyzje polityków

Piotr Kuczyński
opublikowano: 2004-01-19 00:00

W USA rynek dojrzał do korekty. W kraju plan Jerzego Hausnera zostanie przyjęty i ruszymy w górę, jeśli hossa na świecie się nie załamie.

Z Ameryki

„Efekt stycznia” w pełni. Na początku tygodnia, kiedy indeksy zaczęły spadać przed wynikami spółek, już wiedziałem, że się pomyliłem pisząc wcześniej, że rekordy nie zostaną pokonane. Realizacja zysków przed wynikami była zbyt książkowa - tak nie załamuje się „byczy” trend wzrostowy. Powinien załamać się zupełnie nieoczekiwanie.

W pierwszych dwóch tygodniach roku byliśmy świadkami bezprecedensowej aktywności członków Fed. Było ponad 10 wystąpień wyraźnie mających przekonać wszystkich, że gospodarkę czekają wyłącznie słoneczne dni. To bardzo niebezpieczny trend – Fed znowu rozbudza nierealne nadzieje i dolewa benzyny do ognia. Nieodpowiedzialna była wypowiedź Roberta McTeer, szefa Fed w Dallas. Oświadczył, że nie jest zatroskany tym, że rynek akcji wzrósł „za wysoko i za szybko”. To już kolejna taka wypowiedź. Tydzień temu pisałem, że laicy podpytują kolegę z USA, jakie akcje mają kupić, żeby zarobić.

Ostatnio czytałem o przyjęciu, w którym uczestniczyło kilkadziesiąt osób. Na pytanie „kto uważa, że DJIA wróci pod 10 000 pkt?” rękę podniosły trzy osoby. Już sam pomysł zadania takiego pytania na przyjęciu świadczy o tym, że zbyt wielu niedoświadczonych inwestorów weszło na rynek, a odpowiedź na pytanie jest niezwykle wymowna — ponad 90 proc. inwestorów widzi już tylko hossę. To sygnał ostrzegawczy i stuprocentowe potwierdzenie, że jesteśmy w ostatniej fazie hossy. Załamanie będzie brutalne. Niestety, mania zakupów może trwać dosyć długo i nie można przewidzieć, kiedy się zakończy.

Podobnie beztroskie było tłumaczenie przez Alana Greenspana słabego zachowania rynku pracy. W ciągu ostatnich pięciu miesięcy amerykańska gospodarka zwiększyła zatrudnienie jedynie o 278 tys. W przeszłości, w tej fazie ożywienia, taką liczbę pracowników przyjmowano w każdym miesiącu. Wzrost wynikał ze zwiększenia zatrudnienia w trzech sektorach: zatrudnienie tymczasowe, oświata i służba zdrowia. Stałe zatrudnienie w sektorach produkcyjnych spadło. Greenspan uważa, że słabość rynku pracy wynika z dużego wzrostu wydajności, ale że dynamika tego procesu musi w końcu się zmniejszyć i wtedy Amerykanie zobaczą kwitnący rynek pracy. Szef Fed nie chce zauważyć powodu tak znacznego wzrostu wydajności. To nie tylko ożywienie gospodarcze oraz postęp techniczny zwiększyły wydajność. To przede wszystkim przeniesienie dużej części produkcji do krajów rozwijających się. Poza tym usługi dzięki Internetowi też przenoszą się za granice USA. A światowe giganty są jak drapieżnicy, którzy stają się ludojadami, gdy tylko skosztują ludzkiego mięsa. Spodobało się im przenoszenie produkcji za granicę. Dają tylko markę (brand), nie zajmując się samą produkcją. Większość z nich idzie w kierunku ideału: Nike nie ma żadnej fabryki, wszystko wytwarzają dla niej inni.

W poniedziałek jest w USA święto, ale mimo zmniejszenia liczby sesji nie będzie to spokojny tydzień. Ważne będą praktycznie tylko wyniki spółek. Dane z rynku nieruchomości nie powinny nikogo poruszyć. Być może lekki wpływ będą miały dane z rynku pracy i indeks wskaźników wyprzedzających koniunkturę gospodarczą (LEI). Od dawna wiadomo, że raporty kwartalne spółek są tak konstruowane, by pokonać prognozy analityków, a zeszły tydzień pokazał, że po wynikach nie ma poważnej realizacji zysków. Korekta temu rynkowi jest potrzebna, ale po prostu nie widzę impulsu ją wyzwalającego. Niepokojący jest tylko olbrzymi wolumen przy małych zmianach indeksów, bo to pachnie dystrybucją. Jednak, gdyby nawet w tygodniu rozpoczęła się jakaś korekta, będzie odebrana wyłącznie jako przerwa w hossie.

Z Polski

Mimo lekkiego wzrostu nasz rynek zachowywał się wyjątkowo słabo. Dotyczy to przede wszystkim dużych spółek, bo na indeksie cenowym, w którym ich wpływ jest mały, trwa hossa — wzrósł w ciągu tygodnia o 6,7 proc. Rynki całego świata, w tym indeksy w Eurolandzie, w zeszłym tygodniu nadal mocno rosły. Bardzo pomagała korekta na euro. Była zarówno skutkiem słownych interwencji urzędników, jak i dojścia wspólnej waluty niebezpiecznie blisko poziomu 1,30 za dolara. Bankierzy (prezes ECB Jean-Claude Trichet, główny ekonomista Ottmar Issing, członek ECB Christian Noyer) i ministrowie finansów Francji oraz Niemiec zgodnie twierdzili, że szybkie osłabienie dolara jest niekorzystne dla gospodarki Eurolandu. Widać było wyraźnie, że lada chwila może nastąpić interwencja. Ponieważ jednocześnie dolar doszedł blisko krytycznego poziomu 1,30 euro, korekta musiała się rozpocząć i nie skończy się szybko.

U nas w połowie tygodnia rozpoczęła się finalna dyskusja nad planem wicepremiera Jerzego Hausnera. Zarówno giełda, jak i rynek walutowy zareagowały wręcz panicznie. W sytuacji, w którą wmanewrował się rząd, nie bardzo widzę możliwość nieuchwalenia tego planu. Uważam tylko, że kompletną nieudolnością polityczną było najpierw danie ulg biznesowi, potem podniesienie krzyku, że brakuje pieniędzy i w rezultacie zapowiedź obniżenia wydatków socjalnych. Zamiast zmienić sposób liczenia długu na unijny, co dałoby niezbędny oddech reformatorom, wytworzono katastroficzne nastroje. Ta ślepota polityczna teraz uderzy w nas wszystkich.

Czeka nas emocjonujący tydzień. Napięcie będzie narastało, dziennikarze będą zarabiali na Hausnerze, ale wydaje się oczywiste, jaki będzie wynik tych wszystkich przepychanek. W sobotę Rada Krajowa SLD przyjmie jakąś wersję programu, UP się z nią pogodzi, rząd w przyszłym tygodniu wszystko przyklepie i prawdziwa dyskusja zacznie się w Sejmie. Będzie dużo popisów oratorskich, ale plan w postaci, która zadowoli Jerzego Hausnera, choć z pewnością nie zadowoli „niezależnych” ekonomistów, zostanie przyjęty. SLD i UP, ale zapewne i PSL, za bardzo się boją nowych wyborów, żeby zaryzykować dymisję rządu, którą premier już zagroził. Jeśli do tego czasu nie załamie się hossa na świecie, to szybkimi ruchami przełamiemy opory i ruszymy w górę. Ale byłby to zapewne chwilowy impuls. Zaraz potem zaczyna się sezon wyników kwartalnych spółek. Nasze fundusze niechętnie atakują rynek przed wynikami. Jest też jeszcze jedno zagrożenie. Financial Times w artykule z 15 stycznia przypomniał, że Instytut Finansów Międzynarodowych (IIF), reprezentujący 300 największych światowych banków i domów maklerskich, ostrzegł, że zapowiada się gwałtowne załamanie indeksów na rynkach rozwijających się ze względu na „szybki wzrost wartości walorów mimo stagnacji lub pogarszającej się sytuacji kredytowej”. Charles Dallara, dyrektor IIF, obok Wenezueli i Filipin wymienił również Polskę. A pamiętajmy, że hossa lat 1993/94 załamała się w marcu przede wszystkim na skutek załamania na „emerging markets”...

W nadchodzącym tygodniu sytuacja będzie trudna. Na wykresie tygodniowym utworzona została kolejna świeca z długim górnym cieniem (świeca spadającej gwiazdy) niezwykle wzmacniająca opór w okolicach 1720 pkt i bardzo często będąca sygnałem sprzedaży. Na wykresie WIG budowana jest formacja diamentu. To formacja kontynuacji trendu, ale jedna z najmniej pewnych. Opuszczenie formacji wskaże kierunek dalszego ruchu. W dalszym ciągu zamknięcie nad 1 688 pkt byłoby według mnie sygnałem kupna, a pod 1 600 pkt — sprzedaży. Ze względu na to, co napisałem wyżej nie jestem optymistą, ale zdaję sobie sprawę, że jeśli tylko jeden duży fundusz będzie tak jak ja oceniał szanse planu Hausnera i zacznie mocno kupować, to wszyscy pójdą za nim. Dlatego zdaję się wyłącznie na analizę techniczną, czekając na sygnał sprzedaży/kupna.