Strefa euro wchodzi w recesję, my rośniemy żwawo. Na razie
Spowolnienie naszej gospodarki jest coraz bardziej widoczne. Zyski spółek giełdowych, które można traktować jako próbę całej gospodarki, spadły w III kwartale o ponad jedną czwartą. Marże kurczyły się już w II kwartale, choć przychody jeszcze rosły.
Polska gospodarka należy jednak wciąż do europej-skich prymusów. Urosła w III kwartale o co najmniej 4 proc. rok do roku (MF spodziewa się 5 proc.), podczas gdy strefie euro udało się wzrosnąć tylko o 0,7 proc. Nie możemy jednak wpadać w samozachwyt. Problem polega na tym, że siłą rozpędową polskiej gospodarki był i jest w dużej mierze eksport (odpowiada za 40 proc. polskiego PKB), skierowany głównie do największych europejskich państw. A tam popyt mocno się kurczy, podobnie jak produkcja. Strefa euro formalnie weszła w recesję, co sprawia, że ekonomiści obniżają prognozy także dla Polski.
W III kwartale chęć do zawierania nowych kontraktów przez polskich eksporterów mocno spadła z powodu rozchwianego rynku walutowego. W lipcu złoty bił rekordy, a zagraniczne kontrakty krajowych firm stawały się nierentowne. Na początku III kwartalu kurs euro spadl do 3,2 zł, a dolara do 2 zł. To odpowiednio 18 i 11 proc. poniżej wartości z początku roku. Wielu eksporterów, widząc kurczące się zyski, zabezpieczyło się na rynku terminowym przed dalszą dynamiczną zwyżką wartości złotego. Niektórzy chcieli się odkuć i dodatkowo mocno podparli te transakcje lewarami. Pogrążyło ich to jeszcze bardziej, bo trend gwałtownie się odwrócił. Kto od razu nie zamykał pozycji, akceptując straty, teraz mocno żałuje. We wrześniu euro kosztowało prawie 3,5 zł, a dolar — ponad 2,4 zł (wzrost o około 10 i 20 proc.). Okazja do zakończenia błędnych strategii hedgingowych pojawiła się w II połowie września, gdy złoty chwilowo odzyskał wigor. Jednak przez późniejszy masowy odpływ zagranicznego kapitału z rynków wschodzących kurs dolara wystrzelił do ponad 3 zł, a euro — do 3,9 zł.
Spadek notowań polskiej waluty nie przystopował rozpędzonego budownictwa i popytu wewnętrznego. Powód? Inwestycje budowlane, które rozpoczęły się podczas zeszłorocznego boomu, jeszcze trwają. Inwestorom nie opłaca się ich przerwać, choć popyt na mieszkania gwałtownie wyhamował (efekt przede wszystkim droższych i trudniej dostępnych kredytów oraz oczekiwania spadku cen). Dzięki temu produkcja budowlano-montażowa skoczyła rok do roku o 12 proc., a liczba mieszkań oddanych do użytku — o 15 proc. Szczególnie mocno wzrosła przy tym liczba ukończonych lokali przez deweloperów (o jedną trzecią) oraz mieszkań spółdzielczych — o około 80 proc. I to mimo sezonu urlopowego.
Konsumpcja wciąż szybko rosła, bo Polacy jeszcze nie odczuli w portfelach prawdziwego kryzysu. Wielu ekspertów ostrzega jednak, że stanie się to już w pierwszych miesiącach przyszłego roku. Tymczasem w III kwartale bezrobocie wciąż spadało (we wrześniu wyniosło wg GUS zaledwie 8,9 proc.), a przeciętna płaca w przemyśle wzrosła o blisko 11 proc. Dlatego wciąż trwało eldorado handlowców. Sprzedaż detaliczną, której wartość w III kw. zwiększyła się o 11,2 proc., napędzało także umocnienie się złotego (tańsze towary z importu, szczególnie sprzęt RTV i samochody) oraz trzymana w ryzach inflacja. Zgodnie z oczekiwaniami CPI (inflacja konsumencka) osiągnęła w wakacje szczyt, ale nie przekroczyła 5 proc. w ujęciu rocznym. Aby sprostać silnemu popytowi na towary, wytwórcy zwiększali produkcję. W lipcu wzrosła rok do roku o 5,9 proc., a we wrześniu — aż o 7 proc. (znacznie powyżej oczekiwań). W sierpniu, głównie przez szczyt sezonu urlopowego, odnotowano spadek produkcji przemysłowej o 3,7 proc. Przyczyniło się do niego także osłabienie złotego, co zmniejszyło wartość faktur w złotych, jakie wystawili eksporterzy.
Dużo wskazuje na to, że w tym kwartale polska gospodarka utrzyma jeszcze wysokie tempo. Jednak za kilka miesięcy może ją czekać twarde lądowanie. Firmy mówią o zwolnieniach i ograniczeniach produkcji. Mocne pogorszenie sytuacji zapowiadają też wyprzedzające wskaźniki koniunktury oraz wyraźne ograniczanie inwestycji. Jeśli mocno przygaśnie silny dotąd popyt wewnętrzny oraz eksport, dotychczasowe koła zamachowe naszej gospodarki, to wszyscy mocno odczujemy globalny kryzys. By tak się nie stało, NBP i KNF powinny odblokować rynek międzybankowy oraz pobudzić (w rozsądnych granicach) akcję kredytową. Niestety, na razie tak się nie stało.
Będzie jeszcze trochę oddechu
Marcin Mróz
główny ekonomista Fortis Banku
Polskie dane makro z III kwartału mnie nie zdziwiły. Wciąż silny popyt wewnętrzny, spore inwestycje, spadek bezrobocia czy zgodna z prognozami inflacja w sierpniu wykazywały dobrą kondycję polskiej gospodarki. Zaskoczyło mnie jednak bardzo mocne ścięcie prognoz wzrostu dla gospodarki światowej. Obniżka oczekiwań wzrostu PKB w przyszłym rok w USA czy w strefie euro o nawet 2 pkt proc. pokazuje, czego można się spodziewać po przyszłych kwartałach także w Polsce. Czwarty kwartał będzie u nas jednak bardzo dobry. PKB powinno wzrosnąć o około 4 proc., więc przeciętny Polak nie odczuje jeszcze kryzysu. Stanie się to dopiero w pierwszej połowie przyszłego roku. W optymistycznym wariancie (bez wyraźnego zacieśniania przez banki polityki kredytowej) PKB wzrośnie u nas w 2009 r. o 3,2 proc. i zacznie zmieniać się sytuacja na rynku pracy. Firmy będą redukować zatrudnienie, a presja na wzrost wynagrodzeń mocno osłabnie. To rynek pracy najlepiej odzwierciedli spowolnienie gospodarki.
Spółki popłynęły na walutach
Marek Wołos
analityk DM TMS Brokers
Nieracjonalne strategie zabezpieczające doprowadziły importerów i eksporterów do pokaźnych strat. Po dynamicznym osłabieniu się złotego na początku obecnego kwartału importerzy nauczyli się już pewnie, że warto konsekwentnie stosować hedging. Szczególnie ucierpiały małe i średnie przedsiębiorstwa, które zajmowały się hurtowym importem (nie mają sklepów detalicznych) i miały zaledwie kilkuprocentową marżę. Po tej lekcji i rozpoczęciu zabezpieczania się, nie ucierpią już w przyszłości, bo złoty jeszcze straci na wartości. Eksporterzy jednak zawarli duże transakcje na rynku terminowym podczas wakacyjnego szczytu wartości naszej waluty, grając na kontynuację trendu. Spółki te powinny zmienić doradców, bo przez takie decyzje wielomilionowe straty będą rozliczały jeszcze przez długi czas. Wiele firm nie ujawniło jeszcze strat, bo wciąż nie zamknęło błędnych pozycji. Ich sytuacja nie polepszy się zbytnio i negatywne raporty giełdowe są jedynie kwestią czasu.
Adrian Boczkowski