Polska już psuje się po węgiersku

Jacek Kowalczyk
opublikowano: 12-10-2009, 06:43

Jeśli rząd nie zacznie dziś reformować finansów, czeka nas recesja – alarmują ekonomiści. Dzisiejsza Polska to kopia Węgier u progu kryzysu zapoczątkowanego siedem lat temu.

Co mają wspólnego gospodarki Polski i Węgier? Na pierwszy rzut oka niewiele – my mamy najwyższy wzrost PKB w Unii Europejskiej, a Węgry pogrążone są w głębokiej recesji. Ekonomiści jednak przestrzegają przed optymizmem – podobieństw wbrew pozorom jest bardzo wiele. Zestawienie obecnej sytuacji w Polsce z Węgrami z 2002 r. mrozi krew w żyłach.

- To już nie jest zagrożenie scenariuszem węgierskim. My już wkroczyliśmy na tę drogę – ostrzega Stanisław Gomułka, były wiceminister finansów, główny ekonomista Business Centre Club.

Obecną Polskę z Węgrami sprzed siedmiu lat łączą zarówno czynniki gospodarcze, jak i fiskalne i polityczne. Węgry w 2002 r., podobnie jak my teraz,  miały jeden z najwyższych wzrostów gospodarczych w Unii, co wspierało samozadowolenie rządzących. Na fali sukcesu na początku 2003 r. rząd ustalił konkretną datę przystąpienia do strefy euro – miało to nastąpić w 2008 r.

A naprawa finansów publicznych była Węgrom bardzo potrzebna – tak samo jak nam dzisiaj.

- Dług publiczny Węgier w 2002 r. w relacji do PKB przekraczał 50 proc. U nas po drugim kwartale 2009 r. poziom jest bardzo zbliżony. To zdecydowanie zbyt wysoki dług jak na gospodarkę wschodzącą – mówi Michał Dybuła, główny ekonomista BNP Paribas na Europę Środkową i Wschodnią.

Węgrzy jednak nie doczekali się naprawy finansów. Wręcz przeciwnie, rząd prowadził politykę rozbuchanych wydatków publicznych, co prowadziło do konsekwentnego narastania długu. Sowite podwyżki otrzymali pracownicy sektora publicznego oraz emeryci i renciści. To doprowadziło do gwałtownego wzrostu konsumpcji, ale też napompowało inflację.

Pikanterii porównaniu Polski i Węgier dodaje fakt, że na koniec 2002 r. Budapeszt również stał u progu kryzysu politycznego – ówczesny premier Peter Medgyessy okazał się dawnym sowieckim agentem, co kilka miesięcy później zakończyło się upadkiem rządu. Afera hazardowa raczej nie skończy się w Polsce wymianą władz, ale zachwianie polityczne z pewnością nie pomaga gospodarce.

- Rynki w końcu ukarały Węgry za nieodpowiedzialną politykę. Inwestorzy stracili zaufanie i zażądali większej premii za ryzyko inwestowania w obligacje rządowe, co zwiększyło koszty obsługi długu. Rząd nie miał wyjścia, musiał ostro ciąć wydatki budżetowe. Tak mocno, że okazało się to zabójcze dla gospodarki – mówi Stanisław Gomułka.

I właśnie ten wariant może już niedługo zacząć realizować się nad Wisłą. Za dwa lata mogą ukarać nas i rynki finansowe, i nasze własne przepisy.

Więcej, w tym opinie analityków, bankierów, ekonomistów – w dzisiejszym Pulsie Biznesu.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Jacek Kowalczyk

Polecane