Co mają wspólnego gospodarki Polski i Węgier? Na pierwszy rzut oka niewiele – my mamy najwyższy wzrost PKB w Unii Europejskiej, a Węgry pogrążone są w głębokiej recesji. Ekonomiści jednak przestrzegają przed optymizmem – podobieństw wbrew pozorom jest bardzo wiele. Zestawienie obecnej sytuacji w Polsce z Węgrami z 2002 r. mrozi krew w żyłach.
- To już nie jest zagrożenie scenariuszem węgierskim. My już wkroczyliśmy na tę drogę – ostrzega Stanisław Gomułka, były wiceminister finansów, główny ekonomista Business Centre Club.
Obecną Polskę z Węgrami sprzed siedmiu lat łączą zarówno czynniki gospodarcze, jak i fiskalne i polityczne. Węgry w 2002 r., podobnie jak my teraz, miały jeden z najwyższych wzrostów gospodarczych w Unii, co wspierało samozadowolenie rządzących. Na fali sukcesu na początku 2003 r. rząd ustalił konkretną datę przystąpienia do strefy euro – miało to nastąpić w 2008 r.
A naprawa finansów publicznych była Węgrom bardzo potrzebna – tak samo jak nam dzisiaj.
- Dług publiczny Węgier w 2002 r. w relacji do PKB przekraczał 50 proc. U nas po drugim kwartale 2009 r. poziom jest bardzo zbliżony. To zdecydowanie zbyt wysoki dług jak na gospodarkę wschodzącą – mówi Michał Dybuła, główny ekonomista BNP Paribas na Europę Środkową i Wschodnią.
Węgrzy jednak nie doczekali się naprawy finansów. Wręcz przeciwnie, rząd prowadził politykę rozbuchanych wydatków publicznych, co prowadziło do konsekwentnego narastania długu. Sowite podwyżki otrzymali pracownicy sektora publicznego oraz emeryci i renciści. To doprowadziło do gwałtownego wzrostu konsumpcji, ale też napompowało inflację.
Pikanterii porównaniu Polski i Węgier dodaje fakt, że na koniec 2002 r. Budapeszt również stał u progu kryzysu politycznego – ówczesny premier Peter Medgyessy okazał się dawnym sowieckim agentem, co kilka miesięcy później zakończyło się upadkiem rządu. Afera hazardowa raczej nie skończy się w Polsce wymianą władz, ale zachwianie polityczne z pewnością nie pomaga gospodarce.
- Rynki w końcu ukarały Węgry za nieodpowiedzialną politykę. Inwestorzy stracili zaufanie i zażądali większej premii za ryzyko inwestowania w obligacje rządowe, co zwiększyło koszty obsługi długu. Rząd nie miał wyjścia, musiał ostro ciąć wydatki budżetowe. Tak mocno, że okazało się to zabójcze dla gospodarki – mówi Stanisław Gomułka.
I właśnie ten wariant może już niedługo zacząć realizować się nad Wisłą. Za dwa lata mogą ukarać nas i rynki finansowe, i nasze własne przepisy.
Więcej, w tym opinie analityków, bankierów, ekonomistów – w
dzisiejszym Pulsie Biznesu.