Polska mgła unosi ekrany

opublikowano: 08-10-2014, 00:00

Inżynierowie znad Wisły zrobili coś, co wydawało się fantastyką. Leia Display System zarabia już na tym konkretne pieniądze

W jednej ze scen „Gwiezdnych wojen” robot R2D2 wyświetla wiszący w powietrzu hologram księżniczki Lei. Podobno właśnie ta scena była inspiracją do stworzenia ekranów Leia Display System (LDS), które sprawiły, że wyświetlanie obrazu w powietrzu przestało być hollywoodzką fikcją. Choć Daniel Skutela, konstruktor ekranów, podaje też inną genezę wynalazku, patentowanego właśnie na całym świecie.

ZMYSŁY SZALEJĄ:
ZMYSŁY SZALEJĄ:
Marcin Panek, współtwórca Leia Display System, z pomocą mgły zamienianej w ekran chce podbić świat. Twierdzi, że obecnie trudno o większe „wow” dla np. producentów eventów.
ARC

— Kiedyś dostarczaliśmy urządzenia zapewniające efekty specjalne do muzeów, dyskotek. Były tam też wytwornice dymu i kiedyś było go tyle, że obraz z projektora przez chwilę unosił się w powietrzu. No i zapaliła się lampka — mówi Daniel Skutela.

Ekran od warszawskiej Lei to właśnie nic innego jak projektor, który rzuca obraz na sztuczną mgłę. Cały patent polega zatem nie na ciekłych kryształach, optyce projektora, lecz na umiejętnym rozpraszaniu pary wodnej. Dotychczasowe rozwiązania projekcyjne bazujące na parze wodnej wykorzystywały kurtyny gęstego, kłębiącego się dymu, na których co prawda dawało się wyświetlić obraz, jednak był on rozmazany i nieczytelny. W ekranach LDS technologię tę udoskonalono, dzięki czemu jakość wyświetlanego obrazu jest — zdaniem właścicieli firmy — nieporównywalnie lepsza niż u zachodniej konkurencji. Polacy postawili technologię na głowie.

— Przez kilkanaście miesięcy pracowaliśmy nad technologią emisji pary. Chodziło o stworzenie cienkiej kurtyny, poniżej 1 centymetra grubości. Powierzchnia projekcyjna miała być laminarna, nieskłębiona na możliwie najdłuższym dystansie. Tylko w takiej postaci para pozostaje niemal niewidoczna i jednocześnieświetnie oddaje detale obrazu — tłumaczy Daniel Skutela.

Największe urządzenie od Leia Display waży niemal 160 kg i jest podwieszane na suficie. Oprócz prądu zużywa 4 litry wody destylowanej na godzinę. Efekt? Ekran może mieć nawet kilka metrów kwadratowych powierzchni. Z tego typu rozwiązań korzystają agencje reklamowe czy muzea, wypożyczając sprzęt od Lei.

— Tu liczy się efekt „wow”, czyli np. możliwości przejścia przez obraz czy sterowania nim za pomocą ruchów rąk. Adaptacja rozwiązań odczytujących ruchy ludzkiego ciała nadała naszym ekranom zupełnie nowego wymiaru. Postaci przechodzącej przez ekran możemy np. domalować skrzydła czy sprawić, że stanie ona w płomieniach do złudzenia przypominających żywy ogień. W zależności od ustawień czułości sensorów możemy złożyć podpis, wykonując go w powietrzu, lub zwyczajnie coś na nim narysować — dodaje Marcin Panek, współkonstruktor i inżynier oprogramowania LDS. Właściciele warszawskiej spółki nie chcą rozmawiać o pieniądzach.

Zapewniają jednak, że choć szukają partnera do rozwoju firmy, to nie są zdesperowani. Sprzedali już kilka urządzeń, m.in. do Azji, a zainteresowanie nimi rośnie. Wynajem też przynosi profity. Przedstawiciel jednej z agencji eventowych mówi „PB”, że kupno mgłowego ekranu to wydatek od 15 do 50 tys. EUR, w zależności od producenta i rozmiaru powierzchni do naświetlania.

Co dalej? LDS chce wyjść poza niszę branży reklamowej. Pracuje właśnie nad urządzeniami na potrzeby sklepów i centrów handlowych. Wtedy zamówienia na mgłowe cacka mają iść już w setki sztuk.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Karol Jedliński

Polecane