W tym roku liczba spółek z chińskimi właścicielami w Polsce przekroczyła 4 tys. i tym samym wyprzedziła liczbę spółek mających właścicieli brytyjskich. Na liście krajów inwestorów zagranicznych w Polsce Chiny są już pod tym względem na czwartym miejscu. W ostatnich latach wyprzedziły Stany Zjednoczone, Francję i Włochy, ale wciąż ustępują Białorusi, Niemcom i Ukrainie. Choć liczba nie przekłada się proporcjonalnie na siłę ekonomiczną.
W ostatnich dniach moją uwagę przykuła informacja o wielkości powierzchni magazynowej wynajmowanej przez chińskie przedsiębiorstwa w Polsce. Jesteśmy pod tym względem liderem w Unii Europejskiej — wynika z danych firmy doradczej Cushman & Wakefield. Od 2024 do połowy 2026 r. chińskie firmy wynajęły u nas prawe 700 tys. m kw. powierzchni wobec 163 tys. w Niemczech, 157 tys. w Holandii i 153 tys. we Francji. Tym samym Polska stała się centrum logistycznym dla chińskich przesyłek do Unii Europejskiej.
Korzysta na tym oczywiście cały sektor logistyczny. W ciągu dwóch lat przychody operatorów magazynów w Polsce zwiększyły się aż o jedną czwartą. Naturalnie nie tylko z powodu ekspansji Chin. Generalnie ten sektor wykazuje wysoki dynamizm z powodu rozwoju centrów dystrybucji, zwiększania roli e-commerce, skracania łańcuchów dostaw.
Ale jednocześnie pod coraz większą presją chińskiej konkurencji są branże przemysłowe, w tym takie jak meblarstwo czy motoryzacja. Ogółem import z Chin do Polski rośnie w tym roku w tempie 15 proc., a w innych krajach UE średnio o 7 proc. Dlatego Polska od dawna popierała europejskie inicjatywy zaostrzania środków ochrony rynku przed azjatycką konkurencją.
Natomiast ekonomiczna rola chińskich inwestorów w Polsce wciąż jest dużo mniejsza niż w większości krajów UE. Jesteśmy ważnym węzłem handlowym, ale nie produkcyjnym. Pytanie, czy warto to zmienić? Tylko pod pewnymi warunkami.
Bezpośredni udział chińskich firm w generowaniu polskiego PKB nie przekraczał w 2024 r. (ostatnie dostępne dane) 0,1 proc. i był prawie trzykrotnie niższy niż w Niemczech i pięciokrotnie niższy niż na Węgrzech. Chińskich firm w Polsce jest coraz więcej, ale są one relatywnie małe. Dla porównania, firmy brytyjskie, których już jest mniej niż chińskich, bezpośrednio wytwarzają około 1 proc. polskiego PKB, czyli ponad dziesięciokrotnie więcej niż firmy chińskie.
Co nam to wszystko mówi? Polska ostrożnie podchodzi do chińskiego kapitału. To efekt uwarunkowań geopolitycznych. Pod tym względem różnimy się bardzo od Węgier, które mocno stawiały na przyciąganie chińskich inwestorów, ale też od państw zachodnioeuropejskich.
Sens przyciągania chińskich inwestycji produkcyjnych byłby wtedy, gdyby lokowały one coś więcej niż tylko montownie. Gdyby transferowały do Polski swoje technologie i rozwijały łańcuchy dostaw. W obecnych warunkach politycznych trudno na to liczyć. Ale im bardziej Unia Europejska będzie blokowała chińskim import, tym więcej bodźców będą miały chińskie firmy, by przenosić produkcję do Europy. Wtedy od dobrych i bezpiecznych inwestycji nie powinniśmy się odżegnywać.
