Polska szalona krowa na rynkach wołowiny

Kazimierz Krupa
opublikowano: 2002-05-07 00:00

Wraca mąż do domu i już od progu skarży się żonie: Kochanie, pies mnie ugryzł. — Ojej, zmartwiła się żona. Mam nadzieję, że nie był wściekły. No — spokojnie wyjaśnia pogryziony mąż — na zadowolonego to on też nie wyglądał. Dowcip ten, chociaż sytuacja z pewnością nie jest do śmiechu, przychodzi na myśl w kontekście wykrycia w Polsce (dokładnie w Małopolsce) pierwszego zwierzęcia zarażonego BSE (gąbczastym zwyrodnieniem mózgu), zwanego potocznie chorobą szalonych krów. Co prawda, w tym przypadku to nie krowy gryzą, a śmiertelną chorobą Creutzfeldta-Jakoba można się najprawdopodobniej zarazić spożywając ich mięso, ale sytuacja jest z pewnością interesująca. Szczególnie w kontekście różnic interpretacyjnych.

Czy to, że pierwszy przypadek wystąpienia BSE w Polsce wykryto już po przeprowadzeniu 100 tysięcy prób, podczas gdy np. w takiej Austrii potrzeba było kilkuset tysięcy, to powód do dumy czy zmartwienia? Optymiści mówią, że trzeba się cieszyć, iż nasz system jest tak szczelny i tak szybko wykryto pierwszy przypadek. Pesymiści twierdzą, że skoro wykryto jeden przypadek, przy takim systemie, to jest to tylko wierzchołek góry lodowej i nie wykryto wielu. Stoicy zaś obstają, że po pierwsze nie ma niepodważalnego dowodu, że mięso szalonych krów wywołuje śmiertelną chorobę Creutzfeldta-Jacoba, a po drugie pierwsze objawy występują dopiero po 10-14 latach. W tym czasie można umrzeć na wiele sposobów.

Medyczne problemy i spory zostawmy jednak medykom, dla nas znacznie bardziej interesujące są ekonomiczne konsekwencje wystąpienia BSE w naszym kraju. Już od bardzo dawna, mimo niewykrycia, do tej pory, u nas żadnego przypadku choroby szalonych krów, jako kraj byliśmy zaliczani do grupy najwyższego ryzyka jej wystąpienia. Ze wszystkimi tego konsekwencjami. Jednocześnie, wraz z wykryciem przypadku, dołączyliśmy do grupy 26 krajów, w których wykryto zarażone sztuki. O ile jednak w latach poprzednich było to dosyć powszechne, o tyle w tym roku zjawisko odnotowywane jest coraz rzadziej, i tylko w 11 krajach. Poza sparaliżowaniem handlu wołowiną w Wielkiej Brytanii choroba szalonych krów nie miała jakichś poważniejszych konsekwencji dla wymiany międzynarodowej. Spowodowała zaostrzenie procedur badawczych, ale te zostały wprowadzone u nas stosunkowo szybko, przesunięcie głównych ośrodków i zmianę struktury dostawców, ale nie byliśmy ani beneficjantami tej sytuacji, ani najbardziej przegranymi.

Teraz sytuacja jest jednak zgoła inna. Wydaje się, że na skutek wykrycia BSE, rynek wewnętrzny nie przeżyje specjalnego trzęsienia ziemi, ba, Polacy — jako naród skłonny do hazardu — nie przejmą się tym specjalnie, ale może to mieć konsekwencje w handlu międzynarodowym. Nie z powodu zwiększonego ryzyka, w końcu procedury bezpieczeństwa wszędzie są takie same, ale z powodu konkurencji. Odbudowywanie naszej pozycji dostawcy mięsa wołowego, zarówno na kierunku zachodnim, jak i wschodnim, nie wszystkim przypadło do gustu. Tym bardziej że konkurencja na tym rynku jest wyjątkowo silna. Należy więc liczyć się z próbami wykorzystania tej sytuacji, podkreślania nieszczelności polskich procedur bezpieczeństwa dla wyparcia z rynku polskich dostawców.

Z jednej strony, nasze służby weterynaryjne czeka walka z ewentualnymi ogniskami choroby, z drugiej jednak — prawdziwa bitwa rozegra się gdzie indziej.