Wiele federalnych instytucji po prostu przestało na jakiś czas funkcjonować, bo rząd formalnie stracił prawo do generowania kosztów, dopóki nie zostanie uchwalony budżet. W pracy zostały jedynie kluczowe służby — wojsko, FBI, lekarze czy kontrolerzy lotów. Reszta pracowników federalnych ma przymusowy urlop. To pierwszy „shutdown” rządu od 17 lat. Według szacunków banku Barclays, każdy dzień takiego zastoju obniża kwartalną dynamikę PKB USA o 0,1 pkt proc.
Co by było, gdyby w Polsce funkcjonowały podobne przepisy? Administracyjny paraliż byłby jeszcze większy, bo mamy bardziej scentralizowaną administrację niż USA. Około 182 tys. urzędników pracujących na rządowych posadach miałoby od wczoraj przymusowy urlop. Mieliby zawieszone pensje, a wielu obywateli — spore kłopoty. Urzędy przestałyby np. rozpatrywać wnioski o paszport i nie wydawałyby decyzji administracyjnych, np. przedsiębiorcy musieliby jeszcze dłużej czekać np. na pozwolenie na budowę. Urzędnicy przestaliby też rozstrzygać publiczne przetargi i podpisywać umowy z wykonawcami. Ponadto należące do rządu szpitale, np. Centrum Zdrowia Dziecka, przestałyby przyjmować pacjentów. Na szczęście zamrożenie administracji oznaczałoby też, że skarbówka czy inspekcja pracy na jakiś czas dałyby odetchnąć przedsiębiorcom.
Teoretycznie ten scenariusz jest w Polsce mało prawdopodobny. Po pierwsze — naszemu ustawodawcy nigdy nie przyszło do głowy, by w ten oryginalny sposób mobilizować polityków do uchwalania budżetu. Po drugie — w Polsce prawo wprost wręcz zabrania sytuacji, w której urzędy zawieszają działalność: urzędnicy państwowi mają ustawowy zakaz organizowania strajków. Przepis wkrótce może jednak się zmienić. Miesiąc temu Solidarność zaskarżyła go do Trybunału Konstytucyjnego. Jeśli sędziowie przyznają rację związkowcom, Polska może też mieć swój „government shutdown”.