Polscy tenisiści idealnie trafili z formą. W tym roku włodarze londyńskich kortów rozbili bank i dla zwycięzców w turniejach singlowych (obu, bo mamy przecież równouprawnienie) przeznaczyli po 1,6 mln GBP. To o 39 proc. więcej niż przed rokiem. Zwycięzca tegorocznego Wimbledonu zarobi więc niemal tyle, ile przez całą karierę zarobił Wojciech Fibak (tak, ten Fibak), obecnie numer 211. na liście najlepiej zarabiających tenisistów w historii.



Łącznie w grze pojedynczej do podziału jest 17,2 mln GBP, o połowę więcej niż w 2012 r. Kwota nagród rośnie nieprzerwanie od 1979 r. i dziś już nikt nie pamięta, że w 1968 r. zwycięzca musiał zadowolić się sławą i 2000 GBP. Wimbledon ma co dzielić, bo w ubiegłym roku – mimo gigantycznych premii dla tenisistów – przyniósł 37,75 mln GBP zysku. Brytyjska Lawn Tennis Association przeznaczyła je, jak co roku, na rozwój tenisa na Wyspach. Skutek? Mizerny, ale opinia publiczna puści to w niepamięć. Warunek? Tylko jeden - tegoroczny turniej musi wygrać Szkot Andy Murray. W półfinale – jeśli do niego dotrze - stanie mu na drodze jeden z Polaków. Wcześniej Kubot i Janowicz stoczą bratobójczą walkę o 1 mln zł. To różnica między tym, co już zarobili, a 400 tys. GBP, które zainkasuje półfinalista turnieju.
