Polski rynek lekceważy polityczne zagrożenia

Piotr Kuczyński
opublikowano: 2003-10-07 00:00

Piątkowe dane z rynku pracy w USA rozbudziły duże nadzieje. Uważam, że ten raport nie jest optymistyczny. Liczba osób zatrudnionych w sektorze pozarolniczym po raz pierwszy od ośmiu miesięcy wzrosła, ale tylko według jednej metody badania. Poza tym, jeśli nawet wzrosła, to jedna jaskółka wiosny nie czyni, bo zmiana była niewielka.

Gospodarka amerykańska potrzebuje zwiększania zatrudnienia o 150 tys. miejsc pracy miesięcznie, by bezrobocie nie rosło. Wzrost o 57 tys. ma więc znaczenie wyłącznie psychologiczne. Poza tym liczba zatrudnionych wzrosła tylko w usługach i do tego połowa z tego wzrostu (33 tys.) to było zatrudnienie dorywcze.

W USA 5 mln ludzi pracuje dorywczo z powodów ekonomicznych (chcieliby mieć stałe zatrudnienie, ale nie mogą go zdobyć). W sektorze produkcyjnym ubyło 29 tys. miejsc pracy, ale rynek pocieszał się tym, że to najmniejsze redukcje w tym roku. Znowu wzrosła — o ponad 300 tys. — liczba osób, które już zrezygnowały z poszukiwania pracy, bo wiedzą, że jej nie dostaną. Długość okresu między kolejnym zatrudnieniem wzrosła, płace godzinowe spadły, a czas pracy nie wydłużył się ani o minutę. Poprawy na rynku pracy nie ma, a optymistyczne komentarze są nieporozumieniem.

Finisz piątkowej sesji w USA nie był ciekawy, ale mogła to być tylko niegroźna realizacja zysków. Warto wspomnieć, że sektory bankowy i finansowy wrosły o 0,5 proc., a sektor producentów półprzewodników o 4,1 proc. Oczywiście komentatorzy amerykańscy powiedzą, że inwestorzy kupują akcje spó -łek, które najbardziej skorzystają na ożywieniu gospodarczym. Uważam jednak, że to banki powinny w pierwszym rzędzie na tym korzystać. Półprzewodniki to ulubiony sektor spekulantów.

Dziś przed sesją raporty kwartalne podają dwie ważne dla rynku spółki (Alcoa i Pepsico), a wczoraj zrobił to Rambus. Zobaczymy, jak inwestorzy przyjmą ich raporty. To może być istotny sygnał, bo sezon wyników dopiero się rozpoczyna.

Polski rynek akcji zachowywał się wczoraj znakomicie, mimo że specjalnych powodów do optymizmu nie było. Może pomagało to, że rosły kontrakty na indeksy amerykańskie (i to mimo znacznego zaostrzenia sytuacji na Bliskim Wschodzie) i mocno zyskiwał węgierski indeks BUX. Jednak rynki Eurolandu lekko się korygowały, a sukcesów na konferencji UE w Rzymie nie odnotowaliśmy. Wręcz przeciwnie, sprawa rakiet francuskich znalezionych w Iraku umocni antypolskie nastroje. Wyobraźmy sobie, jak tak naprawdę Francja reaguje na polskie oświadczenie, które w pierwszym dniu konferencji rzymskiej (po dwóch dniach naszego milczenia) postawiło ją pod murem. Nikt nie uwierzy, że winny był tylko rzecznik MON, albo dziennikarze. Nasza pozycja w UE znów została osłabiona. Możemy być pewni, że droga do unijnych pieniędzy będzie bardzo stroma.

Inwestorzy postanowili to jednak na razie zlekceważyć i z dużym zapałem odrabialiśmy stracony teren. Było to dosyć dziwne zachowanie rynku, który w piątek przecież rósł z dużą niechęcią. Bezpośredniego impulsu dla wzrostu można było dopatrzyć się w informacji, że wicepremier Jerzy Hausner planuje cięcia podatkowe już w 2004 roku. Co prawda będzie to tylko ćwiczenie akademickie, bo o ewentualnych cięciach zdecyduje Sejm. A wiadomo, że posłowie bardzo niechętnie tną wydatki. Mimo to ta informacja doskonale posłużyła jako pretekst do odreagowania nastrojów na GPW.

Poza tym zarządzający funduszami doszli do wniosku, że muszą prowadzić rynek do góry, bo inaczej nie pozyskają kapitałów powracających z lokat antypodatkowych. I to zapewne był główny powód tego dość niespodziewanego ataku popytu. Opory techniczne zostały przełamane, ale nadal, mimo że nastroje zmieniły się na prowzrostowe, nie wiemy, czy jest to nowa fala wzrostów, czy tylko mocne odreagowanie. Pora roku sprzyja obozowi byków.