Polski start-up na świecie

Eugeniusz Twaróg
opublikowano: 21-11-2017, 22:00

Polska nie wyhodowała jeszcze jednorożca, ale w Europie jest to rzadkie stworzenie. Mamy potencjał, ale musimy pokonać bariery, w tym mentalne

Na całym świecie jest raptem kilkadziesiąt unicornów, czyli technologicznych start-upów wartych ponad 1 mld USD. W Europie można naliczyć ich zaledwie kilka, np. Skype w Estonii czy Klarna w Szwecji. „Start-upy globalne: rzeczywistość czy sny o potędze?

Jak naprawdę konkurujemy na światowych rynkach?” — to tytuł panelu, odbywającego się w ramach Kongresu 590, którego uczestnicy szukali odpowiedzi na pytanie o szanse polskich firm w wyścigu technologicznym. Arkadiusz Adamek, założyciel firmy Abyss Glass, producenta interaktywnych luster, zwraca uwagę na hermetyczność zagranicznych rynków i bariery, jakie musi pokonać polska firma.

— Mogłoby się wydawać, że Niemcy bliscy geograficznie są dobrym rynkiem, ale w rzeczywistości bez pośrednika trudno tam sprzedawać. Podobnie Szwajcaria. Kilka razy nie doszło do zawarcia kontraktu, nie wiedzieliśmy dlaczego. Sprawy ruszyły z miejsca, gdy zaczęliśmy zakładać niezależne biura — mówi Arkadiusz Adamek.

Na ten sam problem zwraca uwagę Jacek Figuła z Billona, fintechu zajmującego się pieniądzem elektronicznym, dodając, że dotyczy on nie tylko naszych zachodnich sąsiadów, ale występuje również w, wydawać by się mogło, otwartej kulturze anglosaskiej. — Niełatwo się przebić. Dlatego otworzyliśmy biuro w Londynie, zatrudniliśmy Amerykanina, który otwiera drzwi dużo łatwiej, niż przychodzi to nam — mówi Jacek Figuła. Michał Kramarz, szef start-upów Google Polska, podkreśla znaczenie wiedzy o lokalnych rynkach — szczególnie ważne w kontekście Dalekiego Wschodu — co wymaga przygotowania i podejścia analitycznego. Ważny jest też networking, z którym w Polsce nie jest najlepiej.

— Izraelczycy mawiają, że Izrael ma 5 mln obywateli i 6 mln firm. Współpraca między nimi jest czymś naturalnym, oni sobie pomagają. U nas dominuje obawa, że ktoś ukradnie mój pomysł, jeśli nim się podzielę — mówi Michał Kramarz, przywołując anegdotyczne zdarzenie, że dwóch polskich przedsiębiorców siedzących po sąsiedzku podczas konferencji o inwestycjach dalekowschodnich dopiero wtedy dowiedziało się, że obydwaj prowadzą biznes w Indonezji.

Marcin P. Kowalik, partner zarządzający w Black Pearl, wskazuje na jeszcze jedno mentalne ograniczenie, wielokrotnie już omawiane: polskie firmy koncentrują się na lokalnym rynku, na tyle dużym, że można z niego wyżyć. Jest on bardzo hermetyczny i różny od innych, że trudno skalować na globalne rynki biznes, który tu się przyjął. Czesi i Estończycy od razu muszą myśleć globalnie, jeśli chcą znaleźć klientów.

— Polskie fundusze venture capital muszą być globalne, żeby start-upy były globalne — uważa Marcin P. Kowalik, partner zarządzający w Black Pearls. Stawia dość odważną i niepopularną w Polsce tezę, że nie tylko powinniśmy ściągać kapitał do kraju, ale sami wychodzić z inwestycjami za granicę. Dlaczego? Bo przy okazji można się sporo nauczyć. I zarobić. Przykładem może być Facebook, na którego wzroście nikt u nas nie skorzystał, bo też kilkanaście lat temu nikt nie wiedział, jak do takiej inwestycji się zabrać.

— Dzisiaj mamy wiedzę i kontakty. Nie chodzi o to, żeby zainwestować 1 mln USD, bo to żadne pieniądze, ale możemy dołączyć do transakcji i powiedzieć, że będziemy oczami i uszami inwestorów na polskim rynku, gdzie jest dwa razy więcej inwestorów niż w USA — mówi Marcin P. Kowalik. I gdzie powstają takie rozwiązania, jak znana na świecie Alexa, która pierwotnie miała na imię IVONA, i przez kilka lat nikt się nią nie zainteresował. © Ⓟ

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Eugeniusz Twaróg

Być może zainteresuje Cię też:

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Inne / Polski start-up na świecie