Polskie huty są częścią globalnej układanki

Kamil Kosiński
opublikowano: 2007-03-29 00:00

Polski przemysł stalowy prawie w całości należy do jednego koncernu, który jest największym światowym graczem na tym rynku.

Z zachodnioeuropejskimi stalowniami połączył nas Hindus

Polski przemysł stalowy prawie w całości należy do jednego koncernu, który jest największym światowym graczem na tym rynku.

Jesień 2005 r. Jeden z krajów Europy Wschodniej. Trwa prywatyzacja zaliczanego do największych w tej części Europy zakładów metalurgicznych. Aby uniknąć posądzeń o korupcję, przetarg odbywa się w formie transmitowanej przez dwa kanały telewizyjne licytacji. W końcu jedna ze stron ostatecznie przebija konkurentów, oferując 4,8 mld USD.

Rok wcześniej ten sam inwestor kupił cztery zakłady hutnicze w sąsiednim kraju. Za 2 mld USD przejął wtedy 70 proc. mocy produkcyjnych tamtejszej branży stalowej. Jego pokonany konkurent ogłosił wtedy, że miał propozycję „pomocy” w wygraniu tego przetargu. Zwycięzcy doradzał zaś lobbysta, który kilka lat później trafił za kratki w związku z inną aferą korupcyjną.

Tak wyglądały prywatyzacje kombinatu z Krzywego Rogu na Ukrainie oraz holdingu polskich hut z Krakowa, Dąbrowy Górniczej, Sosnowca i Świętochłowic. Co je łączy? W obu przypadkach nabywcą został koncern Lakshmiego Mittala, człowieka, który zaledwie kilka lat po internetowym boomie udowodnił, że ogromny majątek można zbić nie tylko na nowych technologiach, ale też na znanym od tysięcy lat wytopie metali.

Indonezja i Luksmeburg

Mieszkający w Londynie Hindus zajmuje piąte miejsce na liście najbogatszych ludzi świata, ogłoszonej przez magazyn „Forbes” w 2007 r. Wychowywał się początkowo w miejscowości, w której nawet nie było prądu. Nie klepał jednak biedy. Takie to po prostu były wtedy w Indiach czasy. Ojciec Lakshmiego nie był krezusem, ale na handlu (m.in. złomem) dorobił się przyzwoitego majątku i zapewnił synowi dobre wykształcenie. Z pewnością pomogło mu ono wypłynąć na szerokie wody, gdy w 1976 r. porzucił rodzinny interes w Indiach i wyjechał do Indonezji. Wtedy to w nazwie jego firmy pojawiło się słowo „ispat”, które przez wiele lat było symbolem jego biznesu.

Przez lata biznes Lakshmiego Mittala rozwijał się według tego samego wzoru. Kupował podupadające — często państwowe — huty i zaprowadzał w nich swoje porządki. Zaczęło się na Trynidadzie i Tobago w 1989 r. Potem przyszedł czas na Meksyk (1992 r.), Kanadę (1994 r.), Niemcy, Wielką Brytanię, Kazachstan (1995 r.), Stany Zjednoczone (1998 r.), Rumunię (2001 r.), Republikę Południowej Afryki (2002 r.), Czechy (2003 r.) i Polskę (2004 r.). Ta ostatnia transakcja miała przy tym niebagatelne znaczenie dla koncernu Lakshmiego Mittala. Zdolności produkcyjne Polskich Hut Stali (7,6 mln ton rocznie) pozwoliły firmie Hindusa znacząco zbliżyć się do swojego największego konkurenta — paneuropejskiego koncernu Arcelor. Zdolności produkcyjne tego ostatniego były co prawda większe — wynosiły 45 mln ton — ale po transakcji Lakshmi Mittal dysponował zakładami o mocach wytwórczych tylko o 11 proc. mniejszych. Przejęcie amerykańskiej International Steel Group na jesieni 2004 r. załatwiło sprawę. Powstał Mittal Steel, największy koncern stalowy świata. Ale twórca Mittal Steel miał większe ambicje. Chciał, by jego firma była nie tylko największa, ale aż trzy razy większa od największego konkurenta.

Ostateczny atak

Na początku 2006 r. Lakshmi Mittal ogłosił plan przejęcia Arcelora. Za paneuropejskiego giganta, a jednocześnie swojego największego konkurenta zaoferował 18,6 mld USD. W Europie zawrzało. Zarząd Arcelora oraz rządy Francji, Hiszpanii i Luksemburga powiedziały fuzji stanowcze „nie”. Z kontrpropozycją fuzji wystąpił rosyjski Siewierstal. Podczas gdy z Hindusem szefowie Arcelora nawet nie chcieli się spotkać, z Rosjanami dość szybko zawarli na- wet wstępne porozumienie. Lakshmi Mittal jednak nie rezygnował i podwyższył ofertę do 25,8 mld EUR. Zaproponował, by centrala megakoncernu pozostała w Europie, a pierwszym członem nazwy było słowo „Arcelor”. Europejczycy zmienili zdanie. W lecie 2006 r. za fuzją głosowało 92 proc. udziałowców Arcelora, a politycy obwieścili, że nic lepszego europejskiego giganta nie mogło spotkać. Niebagatelne znaczenie dla takiej wolty miała postawa Romaina Zaleskiego, francuskiego miliardera polskiego pochodzenia. Jako pierwszy ze znaczących udziałowców Arcelora (kontrolował 5 proc. firmy), opowiedział się za połączeniem z Mittal Steel. Umożliwił mu tym samym nie tylko przejęcie największej firmy hutniczej w Europie, ale też wzmocnił pozycję Hindusa w kraju własnych przodków. Częścią Arcelora była bowiem Huta Warszawa, jeden z niewielu polskich zakładów, których nie kontrolował dotychczas Mittal Steel.