Polskie jabłka nie są ciekawe świata

Michalina SzczepańskaMichalina Szczepańska
opublikowano: 2015-01-12 00:00

Był kontrakt do Nigerii, ale producenci nie dostarczyli owoców i będzie kara. Teraz tracimy rynek arabski. Sadownikom trudno dogadać się z nowymi odbiorcami — zwłaszcza tymi, którzy na jabłkach chcą robić… kokosy

Minister rolnictwa dwoi się i troi, by wesprzeć polskich producentów żywności, resort gospodarki wybrał kraje, które mogą zastąpić Rosję, Ministerstwo Pracy i Polityki Społecznej przygotowało projekt (przyjął go już rząd), który przewiduje 500 mln zł dla firm dotkniętych embargiem, a resort spraw zagranicznych zlecił ambasadorom szukanie rynków zbytu.

Fotolia

W opinii Marka Gawlika, prezesa Polsko-Saudyjskiej Rady Biznesu, embargiem najmniej przejmują się… sami zainteresowani. Dzięki wyjątkowej pozycji Arabii Saudyjskiej — wrót do Afryki, może on zaproponować krajowym producentom bardzo ciekawe kontrakty. Latem i jesienią szukał dostawcy próbnych partii jabłek — 9 i 20 ton — do Nigerii i Zjednoczonych Emiratów Arabskich (ZEA). Potem miesięczne kontrakty miały opiewać odpowiednio na 400 i 600 ton.

— Żadna z grup sadowników, z którymi rozmawialiśmy, nie była w stanie dostarczyć pierwszej partii jabłek. Jedna już po otrzymaniu zaliczki wycofała się z kontraktu, druga dwukrotnie dostarczyła owoce, których nie zaakceptowała inspekcja, a trzecia w ciągu tygodnia podniosła cenę o 100 proc. — mówi Marek Gawlik.

Koszty i kary

Tak sprawa wygląda w skrócie. Szczegóły jeszcze gorzej świadczą o polskich producentach. — W przypadku nigeryjskiego kontraktu podpisaliśmy umowę i przelaliśmy zaliczkę jednemu ze stowarzyszeń sadowników z województwa lubelskiego. Przedstawiciele stowarzyszenia poinformowali,że nie mają dla nas jabłek. Pokazaliśmy kilka konkurencyjnych ofert od innych grup producenckich, ale nadal twierdzili, że nie są w stanie zrealizować zamówienia i zamierzają zwrócić zaliczkę — relacjonuje Marek Gawlik.

Aby eksportować do Nigerii, trzeba mieć specjalne pozwolenie wystawione na konkretnego polskiego producenta. Trzeba było znaleźć poddostawcę dla lubelskiego stowarzyszenia.

— Znaleźliśmy inną grupę producencką. Towar przyjechał. Przedstawiciel Wojewódzkiej Inspekcji Ochrony Roślin i Nasiennictwa, której zgoda była konieczna, by uniknąć powtórki z Indii i Singapuru [w listopadzie do tych krajów dotarły z Polski zepsute jabłka — red.] — nawet nie zgodził się go przebadać, bo na pierwszy rzut oka było widać, że jabłka się nie nadają. Grupa zobowiązała się dostarczyć nową partię następnego dnia. Po zbadaniu przez inspekcję okazało się, że nadają się najwyżej na sok — mówi Marek Gawlik.

Zażądał od grupy zwrotu kosztów podstawienia kontenera, który dwa dni czekał na towar. Niedoszli dostawcy odmówili, twierdząc, że świadectwo zgodności z normami UE potwierdzało przydatność towaru.

— Dodatkowo dystrybutorowi trzeba zapłacić karę. Pierwszą partię jabłek mieliśmy dostarczyć do końca ubiegłego roku. Trudno będzie przekonać nigeryjskiego partnera, żeby ponownie zdobył zezwolenie na import polskich jabłek — ocenia Marek Gawlik.

Ignorancja i nieświadomość

Nie znamy tego przypadku — przyznają sadownicy, z którymi rozmawialiśmy.

— My chętnie jabłka dostarczymy, ale najpierw musimy porozmawiać o wymaganiach, a dopiero potem o cenie — czyli dokładnie odwrotnie, niż przyjęło się w branży — mówi Roman Cybulski, szef organizacji producentów owoców i warzyw Jabłuszko.

Tłumaczy, że wielu chciałoby kupić u nas jabłka bardzo tanio — po 0,2-0,3 EUR za kg, oczekując towaru spełniającego najwyższe światowe wymagania.

— Takie jabłka nie mogą kosztować mniej niż 0,65 EUR. Nawet najlepsze, ale źle zabezpieczone przed wilgocią, nie dotrą w należytym stanie do celu, a odpowiednie opakowania kosztują dwa razy więcej niż stosowane na krótsze dystanse — tłumaczy Roman Cybulski.

Przyznaje, że na rynku pojawiają się grupy producentów, które handlowały wcześniej na Wschodzie i, nie znając standardów obowiązujących gdzie indziej, porywają się na dostawy w dalekie zakątki świata. Stąd mogą wynikać problemy, z którymi spotkała się Polsko-Saudyjska Rada Biznesu.

— Szkoda tylko, że z powodu ignorancji możemy popsuć sobie opinię na niektórych rynkach — dodaje szef Jabłuszka. Z ostatnich doświadczeń branży wynika, że eksport na bardzo atrakcyjne pod względem marży rynki pozaunijne często tylko w teorii wygląda różowo.

— Pojawiają się handlowcy z całego świata — skuszeni doniesieniami o załamaniu cenowym na rynku jabłek z powodu rosyjskiego embarga. Są przekonani, że kupią owoce za pół darmo i takie też stawiają warunki. Sadownicy, nie chcąc sprzedawać towaru za jedną trzecią kosztów, wolą przetrzymać jabłka w chłodniach do następnego zbioru. Mamy więc jeszcze kilka miesięcy na znalezienie odbiorców — tłumaczy Mirosław Maliszewski, prezes Związku Sadowników RP.

Wspomina, że ostatnio trafił do niego wenezuelski handlowiec. Okazało się, że nie miał żadnego doświadczenia w handlu jabłkami, a więc nie potrafiłby zorganizować właściwego transportu owoców. Jak wielu innych, chciał po prostu zrobić jeden czy dwa okazyjne biznesy.

— Wysyłamy jabłka do Arabii Saudyjskiej i Egiptu. Nie są to ogromne ilości, bo to stosunkowo nowe dla nas rynki. Dowodzi to jednak, że jesteśmy w stanie wygrywać tam konkurencję z innymi i dostarczać odpowiedni towar — przekonuje Mirosław Maliszewski.

Tylko żywność

Tymczasem powoli tracimy szansę na rynek w ZEA.

— Znaleźliśmy grupę, która jest w stanie dostarczyć jabłka zgodne z naszą specyfikacją. W trakcie negocjacji okazało się, że w ciągu tygodnia cena skoczyła o 100 proc.! Musielibyśmy sprzedawać jabłka drożej od belgijskich. Zrezygnowaliśmy, tu na szczęście nie potrzeba zezwoleń — wzdycha Marek Gawlik. Okazuje się, że właśnie z polską żywnością, naszą eksportową chlubą, mamy największe eksportowe problemy.

— Świetnie sprzedają się np. polskie meble, ale gdy szukałem dostawcy 16 tys. ton masła do Arabii Saudyjskiej czy mleka w proszku do Iraku, nikt nie był zainteresowany. Polskie mleko trafia do tego kraju przez Czechy i Litwę — mówi Antoni Mielniczuk, prezes Polsko-Saudyjskiej Izby Gospodarczej. Podkreśla, że polskie firmy chcą sprzedawać tylko do krajów ościennych. Z misjami gospodarczymi jeżdżą często osoby, które nie znają angielskiego.

— Rosyjski rynek zamknięty, Indie spalone, Singapur, Nigeria i Emiraty też. Gdzie będziemy wysyłać jabłka? Pewnie do Niemiec! — podsumowuje Marek Gawlik. Polscy sadownicy zdają sobie sprawę, że nie utrzymają się z rynku niemieckiego— przyznaje Roman Cybulski.

Ireneusz Mulak, prezes grupy producentów owoców Top-Sad, tłumaczy, że większość producentów wolałaby sprzedać jabłka tanio, ale do Rosji, niż drożej, ale na bardziej odległym rynku. Wynika to ze specyficznych wymagań stawianych przez arabskich czy azjatyckich odbiorców. Chodzi m.in. o małą rozpiętość wielkości owoców danej odmiany i mocne wybarwienie.

— Na 100 ton jabłek spełni je 10-20 ton. Trzeba więc wszystkie jabłka przebrać, a potem myśleć, co zrobić z odrzuconą resztą. Zniechęcają też proponowane terminy płatności — po sprzedaży towaru na miejscu. Odbiorca nie chce brać odpowiedzialności za jabłka w podróży, a to towar, który wymaga odpowiedniego transportu. To wszystko sprawia, że nasi producenci ciągle patrzą na Wschód, gdzie dostawy docierały w 3-4 dni i były natychmiast sprzedawane — wyjaśnia Ireneusz Mulak.

Handel z bardziej odległymi krajami wymagałby, jego zdaniem, innych odmian, ale też nowszych sadów, a więc tak naprawdę przebudowy całego jabłkowego biznesu.

OKIEM MINISTRA

Widzimy efekty

KATARZYNA KACPERCZYK, wiceminister spraw zagranicznych

Ministerstwo Spraw Zagranicznych (MSZ) poleciło placówkom dyplomatycznym podjęcie wielopłaszczyznowych działań mających na celu wspieranie polskich producentów żywności, m.in. owoców i warzyw, w poszukiwaniu alternatywnych rynków. W przypadku rynków, na których obowiązują ograniczenia importowe, wynikające np. z wymogów fitosanitarnych bądź weterynaryjnych, placówki dyplomatyczne zostały zaangażowane w działania na rzecz umożliwienia uruchomienia dostaw. Intensywnie promują też polską żywność, m.in. na targach i wystawach producentów, oraz poszukują miejscowych partnerów zainteresowanych importem.

MSZ ściśle współpracuje z Ministerstwem Rolnictwa i Rozwoju Wsi, Agencją Rynku Rolnego i Ministerstwem Gospodarki w zakresie zidentyfikowania nowych rynków, które mogłyby być atrakcyjne dla polskich producentów rolnych. Widzimy już efekty — przykładem jest otwarcie rynku Kanady i Singapuru na polskie jabłka (zrealizowano już pierwsze dostawy) czy wietnamskiego — na owoce i warzywa. Z większą intensywnością niż dotychczas organizowane są misje gospodarcze firm z sektora rolno-spożywczego. W ostatnim czasie odbyły się wyjazdy m.in. do Wietnamu, Wielkiej Brytanii, Senegalu, Ghany, Białorusi, Kanady i Izraela. Odbywają się także spotkania w Polsce z przedstawicielami państw — potencjalnych importerów polskiej żywności.