CO MYŚLI RYNEK
Kryzys finansowy uświadomił nam, jak bardzo wszystkie kraje są od siebie gospodarczo uzależnione. Coraz większy stopień zależności wykazują wobec siebie również krajowe rynki finansowe. W państwach uznawanych za rynki wschodzące, do których zalicza się również Polskę, w ostatnich latach znacznie wzrósł udział podmiotów zagranicznych posiadających ich aktywa finansowe. Zwiększył się również ich udział w handlu na tych rynkach. Mało z nas zdaje sobie jednak sprawę, że dużą rolę w tym procesie odegrał amerykański bank centralny, czyli Fed.
W latach 2004-07 napływy na rynki obligacji i akcji krajów wschodzących wynosiły średniomiesięcznie — odpowiednio — 0,6 i 3,4 mld USD. Następnie przyszedł kryzys, na który odpowiedziały największe banki centralne z amerykańskim Fem, Europejskim Bankiem Centralnym (EBC), Bankiem Japonii oraz Bankiem Anglii na czele. Najbardziej spektakularne działania, których celem było ożywienie wzrostu gospodarczego w Stanach Zjednoczonych, przeprowadziłaRezerwa Federalna. Fed nie tylko obniżył stopę interwencyjną do historycznie niskiego poziomu (0-0,25 proc.) i zapowiedział utrzymanie jej na tym poziomie do połowy 2015 r., ale od marca 2009 r. przeprowadził trzy etapy skupu poszczególnych aktywów finansowych z rynku wtórnego, które powszechnie określa się ilościowym luzowaniem (QE) polityki pieniężnej.
Operacje te miały ogromny wpływ na rynki finansowe, a w szczególności rynki wschodzące. Podczas QE1 napływy na rynki obligacji i akcji krajów wschodzących wzrosły średniomiesięcznie — odpowiednio — do 2,6 oraz 7,8 mld USD. Kolejne programy, czyli QE2 i QE3, przyniosły przede wszystkim istotny wzrost napływów na rynki obligacji krajów wschodzących — średniomiesięcznie odpowiednio do 4,7 mld USD oraz 9,4 mld USD. Osłabła dynamika napływów na rynki akcji krajów wschodzących, chociaż i tak była ona wyższa niż przed QE, co wynikało z pogorszenia perspektyw globalnego wzrostu gospodarczego.
Poluzowanie polityki pieniężnej nie jest oczywiście jedyną przyczyną napływu nowych pieniędzy na rynki wschodzące — do innych istotnych możemy również zaliczyć perspektywy wzrostu gospodarczego danego kraju, wysokość krajowych stóp procentowych, potencjał aprecjacyjny kursu walutowego czy wreszcie globalny sentyment do ryzyka — ale w ostatnich 4 latach odegrało w tym znaczącą rolę.
Polska jest jednym z beneficjentów napływu kapitału na emerging markets. Według danych resortu finansów, na koniec października inwestorzy zagraniczni mieli w portfelach polskie obligacje o wartości 186,3 mld zł (36 proc. wyemitowanych). Na początku marca 2009 r., kiedy startowało QE1, było to 56,1 mld zł. Nasze papiery dłużne zostały określone mianem bezpiecznej przystani i najprawdopodobniej takową pozostaną jeszcze przez jakiś czas. Nie możemy jednak zapominać, że rentowności polskich obligacji w ostatnich tygodniach osiągnęły historyczne minima i wraz z poprawą globalnej sytuacji gospodarczej będziemy mieli do czynienia z odpływem pieniędzy z funduszy inwestujących w aktywa rynków wschodzących, co doprowadzi do ich przeceny.