Zajadają się nimi Francuzi, a dostarczają ich Polacy. Zbiory mierzy się w setkach ton. W kwietniu rozpoczyna się w Polsce sezon na winniczki.
— Jeszcze kilka lat temu Polska była sporym eksporterem ślimaków [naturalnych, czyli właśnie winniczków — red.]. Później jednak, ze względu na zbyt duże zbiory, winniczek trafił pod ochronę (obowiązują regionalne limity), dzięki czemu powstało na rynku miejsce dla hodowców — mówi Grzegorz Skalmowski, właściciel Snails Garden, firmy specjalizującej się w hodowli ślimaków. Z danych GUS wynika, że w 2004 r. za granicę trafiło 500 ton ślimaków o wartości 10 mln zł, a w 2012 r.
— 175 ton za 3,8 mln zł. Nie są to jednak pełne dane. — Możliwości produkcyjne polskich ferm to, według różnych szacunków, 400-700 ton rocznie. Tę pulę powiększają zbiory. Ponad 90 proc. ślimaków trafia na eksport — podaje prof. Maciej Ligaszewski z Instytutu Zootechniki w podkrakowskich Balicach.
Ile wart jest krajowy rynek ślimaków, nie wiadomo.
— Według różnych szacunków, jego wartość w UE to 120 mln EUR rocznie. Nie wiemy, jaką część stanowią ślimaki dzikie, naturalne, a jaką hodowlane. W Polsce rynek dopiero się kształtuje, działa u nas około 200 hodowców — mówi Robert Nabrdalik, współwłaściciel przedsiębiorstwa Helixia, produkującego 70 ton ślimaków rocznie. Zdaniem Grzegorz Skalmowskiego, polskie rolnictwo ma predyspozycje, by zajmować się ślimakami.
— To dużo łatwiejsze niż hodowla świń czy drobiu. Zajmuje niewielką powierzchnię, nie wymaga dużych nakładów finansowych. Jeśli utrzymuje się ją w odpowiednich warunkach sanitarnych, nie jest uciążliwa zapachowo, a jej prowadzenie nie wiąże się z dużym wysiłkiem fizycznym. To świetny pomysł na dodatkowy biznes dla wielu małych gospodarstw — przekonuje właściciel Snails Garden. Z jego wyliczeń wynika, że średnio wyprodukowanie kilograma ślimaków to koszt rzędu 3-4 zł. W hurcie można uzyskać cenę 6-12 zł za kilogram.
— Jest to więc biznes opłacalny, choć w Polsce wciąż bardzo mały. Nie mamy dopłat unijnych ani krajowych, więc z inwestycjami musimy radzić sobie sami — dodaje Grzegorz Skalmowski. Snails Garden hoduje dwa gatuki ślimaków — małe szare i duże szare.
— Rocznie produkujemy 50 ton ślimaków przeznaczonych do spożycia. Dużą część eksportujemy głównie do Hiszpanii, Włoch i Francji. Od dwóch lat widzimy też rosnące zainteresowanie polskiej gastronomii — opowiada Grzegorz Skalmowski.
— Polacy długo przekonywali się do krewetek, teraz przekonują się do ślimaków, ale na gastronomii się nie kończy. Śluz wykorzystywany jest w kosmetykach i medycynie. Jednak żeby móc go sprzedawać, potrzebujemy technologii, a na jej opracowanie brakuje nam funduszy — dodaje Robert Nabrdalik. Nad taką technologią przez dwa lata pracował Snails Garden i w zeszłym roku wypuścił na rynek ślimacze kosmetyki.
— Z hodowli ślimaków można wykorzystać praktycznie wszystko. Muszle odbierają od nas Francuzi, a następnie nadziewają tuszką ślimaka i sprzedają jako gastronomiczny rarytas. Z jajek ślimaka robimy biały kawior i eksportujemy na Wschód. Ponadto zaczynamy sprzedaż sprzętu gastronomicznego do serwowania ślimaków. We Francji i Włoszech popularnością cieszą się również lekarstwa na bazie śluzu ślimaka. To jeden z kierunków naszego rozwoju w przyszłości — deklaruje Grzegorz Skalmowski.