Pewne dokumenty są jak kamienie milowe w życiu człowieka i biada nam, jeśli w trakcie ich wypisywania urzędnikowi zdarzy się błąd. Po latach od rozprawy człowiek dowiaduje się np., że nie jest rozwiedziony do końca, bo według dowodu osobistego urodził się w lipcu, a w sentencji zapisano, że w lutym. Udaje się do sądu, z wnioskiem o sprostowanie omyłki, uiszcza 18 zł w znaczkach i przestępując z nogi na nogę czeka na nowy dokument. Przy odbiorze sprawdza, czy przywrócono mu prawo do pojawienia się na świecie w lipcu i pędzi dalej. Kiedy już ochłonie, stwierdza, że zamiast jednej usuniętej omyłki, urzędniczka dorzuciła kilka nowych. Jan stał się Januszem, syn Zbigniewa synem Szczepana itd. Gdyby tak podnieść opłaty za sprostowania i pobierać od sztuki, to każdą siedzibę sądu można będzie wyposażyć na poziomie co najmniej światowym.
