Gospodarka rośnie, aż furczy. Minister finansów może się pochwalić, że przez rok udało jej się zmniejszyć deficyt o 3 mld zł. To wszystko jednak blednie w porównaniu z dokonaniami sejmowej Komisji Finansów Publicznych. Tam wpływy do budżetu (przyszłorocznego wprawdzie, ale zawsze) wzrosły prawie o 1,7 mld zł. I to w ciągu ledwie kilkunastu dni. Gdyby posłowie mieli jeszcze parę tygodni na pracę nad projektem budżetu, to można by dojść do wniosku, że w przyszłym roku moglibyśmy mieć budżet na poziomie np. Szwajcarii. Ponieważ jednak posłowie pracowali nad ustawą znacznie krócej, na dodatkowe wydatki mamy te wspomniane 1,7 mld zł.
Drugie czytanie ustawy budżetowej nie przyniosło większych emocji, ani też większych zaskoczeń. Posłowie koalicji nie mogli się budżetu nachwalić, opozycja nie nadążała ze zgłaszaniem poprawek i tymi utartymi koleinami sejmowe prace nad budżetem zostaną najprawdopodobniej zgodnie z planem doprowadzone w piątek do końca. Czy szczęśliwego? A, to już inna sprawa. Mamy bowiem do czynienia z budżetem, wobec którego można postawić dokładnie takie same zastrzeżenia, jak wobec kilkunastu poprzednich. Zbyt hojne wydatki, zbyt optymistyczne szacunki wpływów, niespełnienie obietnic wyborczych. Słyszymy takie zarzuty co rok i co rok są one podobnie odpierane. A dyskusja o budżecie wciąż koncentruje się na targach o kilkadziesiąt czy nawet kilkaset milionów — przesuńmy je z obwodnicy na biblioteki, z administracji na zdrowie, z policji na rolnictwo (albo na odwrót). Rzadko słyszymy o długofalowych wyzwaniach, jakie stoją przed budżetem, ale jeśli już ktoś o tym wspomni, reszta dyskutantów puszcza to mimo uszu.
Obniżki podatków i innych obciążeń też się nie można raczej po takiej dyskusji spodziewać, bo jeśli już taki wątek się pojawia, to rząd przerzuca go w przyszłość. We wtorek Zyta Gilowska mówiła wszak o planach obniżki składki rentowej, ale rzecz jasna nie od 2007 roku, w latach następnych. Mówiła nie pierwszy raz i możemy tylko mieć nadzieję, że za którymś razem trafi. Zresztą nie wiadomo, czy obniżka podatków jest potrzebna, bo Zyta Gilowska stwierdziła, że „podatki w 2007 roku będą niskie, a na pewno nie wyższe niż w tym roku”. To znaczy, że w tym też były niskie i nie ma się czego czepiać.
Przy okazji prac nad budżetem pojawia się wiele ciekawych pomysłów, które mają przychylić nieba różnym grupom społecznym. Rok temu rodzice pospołu z noworodkami świętowali becikowe, teraz Liga Polskich Rodzin wraca do pomysłu zasiłku senioralnego dla najstarszych, Platforma Obywatelska chce pakietu startowego dla wchodzących na rynek pracy młodych pracowników, a Samoobrona i PSL troszczą się o rolników. I tylko — co konstatujemy z niejakim żalem — żadna partia nie ma ciekawych propozycji dla pracujących facetów w średnim wieku z miasta. Dla pracujących kobiet, które akurat nie rodzą, zresztą też.
I oto w zasadzie największy zarzut, jaki można temu projektowi (ale i wielu poprzednim) postawić. Nie kwestionujemy obowiązku państwa pomocy najsłabszym grupom społecznym. Tyle że w polskich warunkach najsłabsi stają się powoli najsilniejszą liczebnie grupą. A ci najsilniejsi, którzy ten obowiązek pomocy realnie realizują, płacąc „nie wyższe niż w poprzednim roku” podatki — słabną. Dyskusje o tym, jak pobudzić rozwój, są najwyraźniej poniżej godności posłów.
Dlatego co roku dyskusja budżetowa nieodmiennie przypomina stary kawał o różnicy między optymistą a pesymistą. Optymista twierdzi, że żyjemy na najlepszym ze światów, a pesymista obawia się, że może to być prawda. Jeżeli tylko w tym dowcipie zamiast „świata” podstawimy „budżet”, to chyba nie będziemy daleko od prawdy.