Posłowie kręcą wiatrakami

opublikowano: 17-03-2016, 22:00

Błyskawicznie procedowana przez Sejm „ustawa odległościowa” wzbudza panikę wśród firm inwestujących w elektrownie wiatrowe.

Gdzie może stać wiatrak? Na to pytanie raz na zawsze próbują odpowiedzieć posłowie pracujący nad tzw. ustawą odległościową, która w zamierzeniu ma ucywilizować warunki, na jakich można stawiać elektrownie wiatrowe. Tak przynajmniej argumentują posłowie PiS i popierający ich projekt rząd. Przedstawiciele branży tymczasem protestują, twierdząc,że nowe przepisy „zabiją energetykę wiatrową”.

— Wejście w życie tzw. ustawy odległościowej w obecnym kształcie to w gruncie rzeczy zabicie energetyki wiatrowej w Polsce. Nowych inwestycji w praktyce nie będzie się dało realizować, bo nie ma terenów, które spełniałyby tak ostre kryteria. Jeszcze gorzej wygląda sytuacja już działających elektrowni — mówi Zbigniew Prokopowicz, prezes giełdowej Polenergii, która ma siedem działających farm wiatrowych o mocy 245 MW, a za pół dekady chce mieć ich znacznie więcej, o mocy prawie 1000 MW.

Do pierwszego czytania na komisji infrastruktury doszło w środę po południu. Posłowie opozycji apelowali o odrzucenie projektu w całości już na tym etapie, ale stało się dokładnie odwrotnie. W czwartek, najpierw rano, a później po południu, w Sejmie zebrała się podkomisja nadzwyczajna do rozpatrzenia projektu, która już dziś może przedstawić swoje wnioski i rekomendacje. Przy utrzymaniu tego tempa niewykluczone, że ustawa może wejść w życie już w maju.

— W piątek powinniśmy przyjąć sprawozdanie w całości, pozgłaszano poprawki, które mają na celu uniknięcieniekonstytucyjności czy roszczeń, związanych z inwestycjami, które już są w toku. Podtrzymaliśmy główne założenia ustawy, sądzę, że po świętach sprawą będzie mógł się zająć cały Sejm — mówi Bogdan Rzońca, wiceprzewodniczący sejmowej komisji infrastruktury i sprawozdawca projektu.

Kluczowy w projekcie jest artykuł 4, zgodnie z którym „odległość, w której mogą być lokalizowane i budowane elektrownie wiatrowe, od budynku mieszkalnego jest równa lub większa dziesięciokrotności wysokości elektrowni wiatrowej”. Takie same normy obowiązywałyby przy granicachparków narodowych, rezerwatów itp. Istniejących już wiatraków, znajdujących się w mniejszej odległości, nie można byłoby rozbudowywać. W dodatku inwestorzy co dwa lata mieliby uzyskiwać decyzje Urzędu Dozoru Technicznego, zezwalające na eksploatację, co wiąże się z opłatami w wysokości nawet 1 proc. wartości elektrowni. Przedstawiciele branży uważają, że to de facto nowy podatek. W dodatku nowa ustawa ma zlikwidować dotychczasowy podział elektrowni na część budowlaną i część techniczną. A to oznacza znacznie wyższy podatek od nieruchomości.

— Objęcie farm w całości podatkiem od nieruchomości jest nie tylko niezrozumiałe i dyskryminujące, bo turbina wiatrowa, podobnie jak np. turbina w elektrowni węglowej, to część techniczna, nie budowla. Prawdziwym problemem jest to, że tak wysokie obciążenie podatkowe wywoła katastrofalne skutki i dla inwestorów, i dla kredytujących ich banków. Zyski operatorów elektrowni po wprowadzeniu tej ustawy nie pozwolą nawet na obsługę długów. Nie wiem, czy ustawodawcy zdają sobie z tego sprawę — mówi Zbigniew Prokopowicz. © Ⓟ

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Marcel Zatoński

Polecane