Powalczmy o następne 4 procent

  • Jacek Kowalczyk
30-06-2014, 00:00

Pierwsze ćwierćwiecze przerosło moje marzenia, a drugie nie musi być gorsze. Wystarczy pokonać trzy główne bariery — mówi Leszek Balcerowicz

Gdyby w 1989 r. ktoś opowiedział panu, jak potoczyła się w kolejnych 25 latach historia polskiej gospodarki, byłby pan dumny czy zawiedziony?

WARUNKI POWODZENIA: Bez reform tempo wzrostu gospodarczego Polski trwale i mocno spadnie. Natomiast jeśli wprowadzimy zmiany w polityce prorodzinnej, ograniczymy ukryte bezrobocie w rolnictwie i przemyślimy poluzowanie polityki emigracyjnej, to mamy szanse na utrzymanie tego tempa, jakie mieliśmy w ostatnich 25 latach, a więc około 4 proc. rocznie — mówi Leszek Balcerowicz. [FOT. WM]
Zobacz więcej

WARUNKI POWODZENIA: Bez reform tempo wzrostu gospodarczego Polski trwale i mocno spadnie. Natomiast jeśli wprowadzimy zmiany w polityce prorodzinnej, ograniczymy ukryte bezrobocie w rolnictwie i przemyślimy poluzowanie polityki emigracyjnej, to mamy szanse na utrzymanie tego tempa, jakie mieliśmy w ostatnich 25 latach, a więc około 4 proc. rocznie — mówi Leszek Balcerowicz. [FOT. WM]

To co się wydarzyło, przekroczyło moje marzenia. Nieznam człowieka, który przed czerwcem 1989 r. wierzyłby, że Polska wkrótce będzie członkiem NATO i Unii Europejskiej. Mało kto mógł się też spodziewać, że za 25 lat określenie „polnische Wirtschaft” będzie w Niemczech kojarzyło się raczej z odpornością gospodarki na kryzysy niż z bałaganem i niegospodarnością. Rzadko zdarzają się tak spektakularne i pozytywne przyspieszenia historii, dlatego tym bardziej trzeba je docenić.

Czego zatem się pan wówczas spodziewał?

Trzeba pamiętać, że Polska przecierała szlak: byliśmy pierwszym krajem bloku sowieckiego, który porzucał socjalizm i wprowadzał wolny rynek. To oznaczało, że nie było modeli, aby tworzyć precyzyjne prognozy. Niektórzy zarzucają nam, że źle prognozowaliśmy ścieżkę inflacji… To kompletna demagogia. W tych okolicznościach nikt nie był w stanie dokładnie prognozować żadnych konkretnych poziomów jakichkolwiek wskaźników. Mogliśmy za to przyjmować pewne prognozy daleko ważniejsze — kierunkowe.

Jakie?

Po pierwsze, zakładałem, że jeśli radykalnie zmniejszy się udział państwa w gospodarce i wprowadzi się w niej konkurencję, to dynamika PKB po pewnym czasie przyspieszy. Sprawdziło się. Po drugie, byłem przekonany, że jeśli zdecydowaniezmniejszy się tempo tworzenia pieniądza w gospodarce, to inflacja spadnie. Tak się stało. Po trzecie, jeżeli otworzy się gospodarkę na świat, to — przy innych zmianach systemowych — napłynie technologia i będzie się to przyczyniało się do rozwoju gospodarczego. Sprawdziło się. Po czwarte, jeśli zacznie się liberalizować gospodarkę, to znikną kolejki. Zniknęły. Po piąte — najważniejsze — uważałem, że jeśli wprowadzi się te wszystkie reformy, to Polska po raz pierwszy od trzech wieków przestanie tracić dystans do krajów zachodnich, a zacznie w końcu go zmniejszać. To miał być przełomowy moment w polskiej historii i tak właśnie się stało. Czyli te wszystkie kierunkowe prognozy sprawdziły się.

Czyli wykorzystaliśmy w pełni szansę, jaką dawał nam wolny rynek?

Jeśli podsumowanie wyników polskiej transformacji ma być poprawne, to powinniśmy się porównywać do krajów, które w punkcie startu były w podobnej sytuacji, czyli tkwiły w socjalizmie i posiadały zbliżony poziom zamożności. Otóż w takim porównaniu Polska wygląda zdecydowanie korzystnie. Trudno wskazać na kraj, który miałby podobne do polskich warunki początkowe i osiągnąłby przez ostatnie 25 lat lepsze wyniki niż my. Węgrzy? Czesi? Oni mieli znacznie łatwiejsze początki niż my, a tam nawet recesja w pierwszych latach transformacji była głębsza niż w Polsce. Poza tym w ciągu ostatnich 25 lat nasz PKB zwiększył się dużo więcej niż u nich.

Ale niektóre kwestie wymknęły się spod kontroli, np. inflacja okazała się znacznie wyższa i spadała dłużej, niż prognozował rząd.

Hiperinflację przeszła większość krajów, które wychodziły z socjalizmu. Co więcej, w każdym z nich wskaźnik cen spadał wolniej, niż to zakładano. Pamiętam, jak w grudniu 1991 r. widziałem się z prezydentem Jelcynem. Rosja była wtedy jeszcze przed swoimi reformami i on mnie pytał, jaka będzie inflacja. Odpowiedziałem mu: będzie wyższa, niż prognozujecie. Tak się stało.

Czy jednak z dzisiejszej perspektywy — wiedząc, jaka była ścieżka inflacji czy bezrobocia — nie uważa pan, że reformy z 1989 r. były zbyt gwałtowne?

Wręcz przeciwnie — to pokazuje, że reform było zbyt mało lub były zbyt powolne. Uważam, że zmian powinno być raczej więcej niż mniej, zwłaszcza w sferze budżetowej i w wymiarze sprawiedliwości. Doświadczenie pokazuje, że państwa, które opóźniały rynkowe reformy — np. Ukraina czy Rumunia — wyszły na tym źle.

Jerzy Osiatyński, minister w rządzie Tadeusza Mazowieckiego, mówił ostatnio w wywiadzie dla „PB”, że błędna okazała się polityka wobec PGR-ów. „Rząd zbyt łatwo uznał, że z pracowników PGR-ów można zrobić samodzielnych rolników”. Zgadza się pan z tą opinią?

Nie przypominam sobie, by Jerzy Osiatyński głosił takie opinie wcześniej, a na pewno wcześniej nie przypisywał rządowi Mazowieckiego takiej naiwności. PGR-y były najbardziej socjalistycznym wytworem socjalizmu — to był najbardziej subwencjonowany sektor gospodarki. Czy można więc było zachować PGR-y, nie zachowując socjalizmu? Moim zdaniem, nie. Pokazuje to przykład Łukaszenki, który tę część socjalizmu zakonserwował. Jego system nie upadł jednak tylko dlatego, że Białoruś dostaje ogromne subsydia z Rosji. W Polsce, dzięki działalności Agencji Własności Rolnej Skarbu Państwa przez wiele lat kierowanej przez Adama Tańskiego, dokonano w sumie udanego przekształcenia dawnych PGR-ów.

Co zatem nam się w minionym ćwierćwieczu najbardziej nie udało?

Jeśli patrzymy na polskie przemiany z lotu ptaka, to najwięcej zastrzeżeń budzą te obszary, w których nie było można wprowadzić własności prywatnej i konkurencji. Mam na myśli polski wymiar sprawiedliwości: prokuraturę, policję i sądy. Polska ma tu jeszcze dużo do zrobienia — te służby są mało efektywne, np. postępowania śledcze i sądowe są przewlekłe, a na dodatek zbyt często dochodzi do niesprawiedliwości. Naprawa tego systemu jest bardzo ważna. Dobrze, ze powstało stowarzyszenie „Niepokonani”, skupiające ofiary polskiego wymiaru sprawiedliwości. Poprawy wymaga też np. system edukacji oraz pomocy społecznej. W tych obszarach nie udało nam się dostatecznie mocno zmienić struktur państwa.

Jakie mamy perspektywy na kolejne ćwierć wieku?

Jeśli nie wprowadzimy sporego zestawu reform, to będziemy zdecydowanie wolniej się rozwijać niż dotychczas. To oznaczałoby, że proces doganiania Zachodu — co jest naszą historyczną, fundamentalną szansą — zostanie wyraźnie spowolniony lub kompletnie zatrzymany. Dlaczego tak się stanie? Po pierwsze, mamy starzejące się społeczeństwo, grozi nam spadek zatrudnienia. Po drugie — mamy bardzo niską stopę inwestycji prywatnych, co znaczy, że warunki do inwestowania w Polsce są niesprzyjające. Po trzecie, tempo ogólnej poprawy efektywności osłabnie. Jeśli te trzy elementy zbierze się razem, to wyłania się scenariusz daleko wolniejszego rozwoju Polski. Na to jeszcze trzeba nałożyć wnioski z tego, co robi Rosja wobec Ukrainy. Rosnąca gospodarka już wcześniej była dla nas racją stanu, a teraz jest racją stanu do kwadratu. Z czego czerpać siłę Polski, jeśli nie z szybkiego wzrostu gospodarki?

Polska gospodarka stopniowo traci atut taniej siły roboczej i aby dalej się rozwijać musi w coraz większej mierze opierać się na własnych innowacyjnych pomysłach. Czy ta transformacja przebiega w zadowalającym tempie?

Po 1989 r. dokonał się pod tym względem ogromny postęp. Nie możemy pochwalić się jakimiś przełomowymi wynalazkami, ale trudno było tego oczekiwać. Gospodarki o niskim poziomie zaawansowania technologicznego rzadko są w stanie kreować przełomowe innowacje. W pierwszej kolejności rozwój tych gospodarek opiera się na transferze zewnętrznych technologii. I to się stało w Polsce. Jeśli jednak chcemy podtrzymać dynamiczny wzrost naszej gospodarki, musimy zmierzyć się z trzema wyzwaniami, o których mówiłem: demografią, inwestycjami i efektywnością.

Jak możemy to zrobić?

Po pierwsze, musimy wspierać efektywność gospodarki, bo ona będzie nam rekompensować wzrost kosztów pracy. Sposobów, aby to osiągnąć, jest wiele. Przede wszystkim należy dokończyć prywatyzację, bo prywatna własność z natury podnosi wydajność. Należy też zwiększać konkurencję na rynku, czyli usuwać wszelkie monopole, np. monopol Poczty Polskiej. Ponadto, należy dalej usuwać bariery administracyjne dla przedsiębiorców, by mogli w większym stopniu inwestować i wprowadzać nowe technologie, które również będą podnosić produktywność. Przebudowy wymaga też szkolnictwo wyższe.

Z demografią też możemy sobie poradzić?

Tendencje demograficzne jest trudno zmienić, można natomiast przeciwdziałać ich konsekwencjom. Trzeba odejść od bicia piany pod przykrywką polityki prorodzinnej. Po pierwsze, zamiast wydłużać urlop macierzyński, co pogarsza pozycję kobiet na rynku pracy, a nie podnosi dzietności, powinniśmy inwestować w przedszkola i inne rozwiązania, które pozwalają kobiecie godzić życie zawodowe z prywatnym. Ponadto, mamy duże niewykorzystane zasoby pracy, np. wysokie bezrobocie i niskie zatrudnienie wśród młodych ludzi oraz osób starszych. Mamy też duże ukryte bezrobocie w rolnictwie, więc można przesuwać zasoby pracy między sektorami. Można też rozluźnić przepisy imigracyjne. To są duże rezerwy, które mogą w dużej części zrekompensować nam skutki starzenia się społeczeństwa.

Wierzy Pan, że uda się te zmiany wprowadzić?

Jednego jestem pewien na 100 proc. — bez tych reform tempo wzrostu gospodarczego Polski trwale i mocno spadnie. Natomiast jeśli te zmiany wprowadzimy, mamy szanse na utrzymanie tego tempa, jakie mieliśmy w ostatnich 25 latach, a więc koło 4 proc. rocznie. A to jest — powtarzam — polska racja stanu.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Jacek Kowalczyk

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Puls Innowacji / Powalczmy o następne 4 procent