Powiatowe wcielenie Krajowego Funduszu Drogowego

Tadeusz Markiewicz
opublikowano: 2013-07-05 00:00

Politycy odkurzyli samorządowy patent na rozkręcenie lokalnych inwestycji drogowych.

Kropla drąży skałę nie siłą, lecz częstym spadaniem — to powiedzenie dobrze ilustruje działania Związku Powiatów Polskich (ZPP), który lobbuje za powstaniem samorządowego funduszu drogowego.

Z kasy tego ostatniego miałyby być finansowane inwestycje w lokalne trasy, które stanowią 30 proc. dróg publicznych. Jak policzyli samorządowcy z ZPP, do 2030 r. potrzeba na ten cel 130 mld zł. Tyle ma pochłonąć nie tylko budowa, ale modernizacja i utrzymanie prawie 128 tys. km dróg. Tymczasem budżety starostw, najsłabszego finansowo szczebla samorządu, świecą pustkami. Jeśli ich skarbnicy muszą szukać oszczędności, pod nóż idą głównie inwestycje, także drogowe.

Marek Wójcik, dyrektor ZPP, niedawno dziwił się swojej wierze w to, że znajdą się politycy, których przekonają argumenty samorządowców. Wiara czyni cuda, bo tacy się znaleźli — i to w partii koalicyjnej. PSL przygotował projekt nowelizacji ustawy o autostradach płatnych oraz o Krajowym Funduszu Drogowym (KFD).

— W przyszłym tygodniu Jan Bury, szef naszego klubu parlamentarnego, będzie na ten temat rozmawiał z koalicjantami z PO. Jeśli dogadamy się, nowelizacja może być uchwalona do końca roku — tłumaczy Piotr Zgorzelski, przewodniczący sejmowej Komisji Samorządu Terytorialnego i Polityki Regionalnej. Krajowy Fundusz Drogowy obecnie finansuje tylko budowę „krajówek”. W wersji peeselowskiej KFD miałby zająć się również dystrybucją funduszy na dofinansowanie budowy i modernizacji dróg powiatowych. Skąd wziąć pieniądze? Tu PSL sięgnął po propozycje ZPP.

Samorządowcy sugerowali, by VAT, który płacą przy realizacji inwestycji i którego nie mogą odliczyć, wracał do powiatów — właśnie do funduszu drogowego. PSL szacuje, że rocznie chodziłoby o 300-400 mln zł. O dofinansowanie mogłyby się ubiegać powiaty i miasta na prawach powiatu, które spełniają dwa warunki: mają pozwolenie na roboty budowlane i wykładają co najmniej tyle pieniędzy na inwestycję, ile otrzymują z KFD. Samorząd mógłby złożyć tylko jeden wniosek rocznie.

— Sytuacja firm drogowych jest fatalna. Każdy pieniądz jest pożądany. Ale jeśli ktoś mnie zapyta, jakie są szanse na przeforsowanie tego rozwiązania, odpowiem: bardzo małe — komentuje Wojciech Malusi, szef Ogólnopolskiej Izby Gospodarczej Drogownictwa. Więcej optymizmu wykazuje Marek Wójcik, który daje ponad 50 proc. szans powodzenia.

— Dla polityków taki projekt to strzał w dziesiątkę. Żartobliwie mówiąc, samorządy będą ich kochać za takie rozwiązanie — mówi Marek Wójcik. Zwraca uwagę, że przyjęcie rozwiązań PSL byłoby także rekompensatą za sprawę tzw. kart pojazdów. Chodzi o opłaty, na których samorządy — zamiast zarabić — straciły.

Na podstawie rozporządzenia ministra infrastruktury z 2003 r. pobierały opłatę wysokości 500 zł za wydanie karty pojazdu. Jednak Trybunał Konstytucyjny orzekł, że jest to niezgodne z konstytucją, i obniżył opłatę do 75 zł. Kierowcy ruszyli po odbiór 425 zł nadpłaty plus odsetki. Samorządy szacują, że z powodu rozporządzenia straciły kilkadziesiąt milionów złotych. Dlatego złożyły pozew zbiorowy. — Gdyby udało się przeforsować fundusz drogowy, bylibyśmy skłonni wycofać pozew — deklaruje Marek Wójcik.