Szwajcarska skromność uroczystości otwarcia mistrzostw Europy w piłce nożnej — w tym brak dętych mów oficjeli — wyznaczyła standard, który za cztery lata będzie obowiązywał na Stadionie Narodowym w Warszawie. Niezależnie od zarządzonego przez UEFA milczenia polityków, dla prezydentów Polski i Ukrainy, Lecha Kaczyńskiego i Wiktora Juszczenki, pozostaje niewyobrażalne, że to nie oni zasiądą w loży honorowej podczas otwarcia, i potem finału, EURO 2012. Tymczasem miejsca głów państw rezerwują dla siebie obecni szefowie rządów, Donald Tusk i Julia Tymoszenko.
Inauguracja EURO 2008 to tylko poboczna przyczyna niniejszych refleksji, ważniejszą jest kolejna fala polityczno-medialnych dywagacji na temat prezydenckiego kandydata PO — na rynek ostatnio rzucony został marszałek Bronisław Komorowski. Takie próbne balony są dziurawe, ponieważ jeśli nie zajdą — odpukać! — wypadki losowe, to jesienią roku 2010 doczekamy się powtórki z 2005, czyli ponownego starcia Lecha Kaczyńskiego z Donaldem Tuskiem. Premier podjął się zadania ambitnego, a jak uczy przykład Tadeusza Mazowieckiego z roku 1990 — wręcz karkołomnego. Awans z „małego” pałacu w Alejach Ujazdowskich do „dużego” przy Krakowskim Przedmieściu jest bardzo trudny, bo posada szefa rządu dodaje popularności, ale i dołuje z każdym miesiącem. Nie działa tu mechanizm trampoliny, która w roku 2005 wyniosła Lecha Kaczyńskiego ze stołecznego ratusza. Głosująca wtedy Polska nie miała pojęcia, jaki marazm panował w stolicy, sterowanej centralnie, bez statutu — Kaczyńskiemu pomogło PR-owskie wykorzystanie Muzeum Powstania Warszawskiego.
Notabene premier Donald Tusk już wystąpił jako o.m.c. (o mało co) głowa państwa — podczas niedawnej wizyty w Ameryce Łacińskiej. Tam panują ustroje prezydenckie, a instytucja premiera jest nieznana lub zmarginalizowana — zupełnie inaczej niż w Unii Europejskiej. Dlatego prezydent Alan García Pérez uznał za naturalne odznaczenie szefa rządu dużego unijnego państwa Słońcem Peru. W odbiorze polskim wywołująca żarty niecodzienność owego orderu polegała głównie na tym, że premier wszedł w buty prezydenckie! Powszechnie akceptowane jest wzajemne obdzielanie się wstęgami i gwiazdami przez monarchów i głowy państw — nikt nie żartował, gdy, powiedzmy, Aleksander Kwaśniewski zbierał takie ordery, jak: Zbawiciela z Grecji, Chryzantemy z Japonii czy Łaźni od królowej imperium brytyjskiego.
Podczas wspomnianej wizyty Donald Tusk bodaj pierwszy raz tak otwarcie — choć zarazem warunkowo — oznajmił zamiar kandydowania na prezydenta RP. Na konferencji prasowej w Santiago de Chile stwierdził, że gdyby miał takie uprawnienia jak gospodyni, prezydent Michelle Bachelet, to zgłosiłby się bezapelacyjnie — jednak w Polsce na razie panuje nieco inny ustrój. Hm…, konstytucję Chile stworzył w roku 1980 „pod siebie” Augusto Pinochet i chociaż w latach 1989 i 1993 została znowelizowana, to wojskowy duch nadal z niej przebija Ale ma jedną zaletę, od razu ustawiającą funkcjonowanie prezydenta — mianowicie dopuszcza tylko jedną, odpowiednio dłuższą, kadencję...
Jacek Zalewski