Prąd się należy

Agnieszka Berger
22-08-2003, 00:00

Bortkiewicz to cwany gość — mówią o prezesie Ursusa ci, którzy znają szczegóły jego układu ze Stoenem. Przedziwnego układu, który długo pozwalał podupadłemu producentowi ciągników bezkarnie nie płacić dystrybutorowi za prąd. Dopiero nowy właściciel Stoenu, niemiecki koncern RWE, powiedział twardo: „Kasa na stół!”. Tylko skąd wziąć 40 mln zł?

Wstrzymanie przez Stoen dostawy prądu do ZPC Ursus — spółki kierującej grupą, powstałą z wykorzystaniem majątku podupadłego producenta ciągników — było nie pozostawiającym wątpliwości sygnałem, że dostawca i odbiorca energii nie doszli do porozumienia. Przerwa w zasilaniu 9 czerwca trwała zaledwie kilka godzin. Po ekspresowej decyzji Urzędu Regulacji Energetyki (URE) — podjętej, jak twierdzi regulator, przede wszystkim w interesie bogu ducha winnych klientów, pobierających prąd via Ursus — dostawy przywrócono. Spór między Stoenem a Ursusem o 40 mln zł rozstrzygnie sąd.

Jak mówi Stanisław Bortkiewicz, prezes Ursusa, dług ZPC wobec stołecznego zakładu energetycznego „nie jest taki stary”. Zaczął narastać w 1999 roku, kiedy Stoen zainteresował się Ursus-Media —spółką wydzieloną w czasie restrukturyzacji producenta ciągników.

— Ursus-Media przejął od nas całą infrastrukturę, służącą zaopatrywaniu w media zakładów oraz części miasta, którą zbudowano przy fabryce w latach 70.: sieci ciepłownicze, wodne, gazowe, kanalizacyjne i energetyczne średniego napięcia. Kilka miesięcy po wydzieleniu spółki ogłosiliśmy przetarg na 100 proc. udziałów. Znaleźli się chętni, wpłacono nawet wadium stanowiące 10 proc. ceny wywoławczej — czyli dwudziestu milionów złotych. Wtedy zwrócił się do nas Stoen — snuje opowieść Stanisław Bortkiewicz.

Widać, że opowiada tę historię nie po raz pierwszy, ale relacjonowanie niektórych „szczególnie soczystych kawałków” nadal wyraźnie go bawi.

Przegląda wypchany papierami gruby segregator, przeznaczony na dokumenty związane ze sprawą. Na poparcie swoich słów wyławia odpowiednie pisma. Krótkie, datowane na 17 sierpnia 1999 r., głosi: „Zarząd STOEN S.A. w Warszawie zwraca się z prośbą o unieważnienie przetargu na zbycie udziałów w spółce Ursus-Media Sp. z o.o., gdyż w dalszym ciągu STOEN S.A. zainteresowany jest ich nabyciem. Z uwagi na trwające negocjacje z firmą mającą dokonać oszacowania rynkowej wartości spółki Ursus-Media nie byliśmy w stanie złożyć oferty zakupu udziałów w tej spółce”. Stoenem kierował wówczas Krzysztof Konaszewski, który trafił do spółki bezpośrednio z fotela wiceministra skarbu w rządzie Jerzego Buzka — człowiek znany z łagodnego usposobienia, zamiłowania do muzyki poważnej i silnej niechęci do podejmowania poważnych decyzji (przez współpracowników z resortu skarbu nazywany był ministrem „nie, nie, tak, tak”). Pod dokumentem zabrakło wprawdzie jego nazwiska, ale podpisało się troje pozostałych członków zarządu. Dwoje z tej trójki do dziś pracuje w spółce.

— Tak naprawdę nie było przeszkód, by Stoen przejął od nas Ursus-Media, zanim ogłosiliśmy przetarg. Mieliśmy tego samego właściciela — Skarb Państwa — i można było się dogadać. Stoen wiedział o spółce od chwili jej powołania. Mówił, że jest zainteresowany, ale nic nie robił — relacjonuje Stanisław Bortkiewicz.

Przetarg unieważniono. Jak twierdzi Stanisław Bortkiewicz — po konsultacjach z ministerstwem skarbu. Stoen od razu rozpoczął audyt. Ale sprawa się przeciągała.

— Nam ten układ był bardzo na rękę. Uznaliśmy, że skoro zamroziliśmy dla nich składnik majątku, należy nam się coś w zamian. Przestaliśmy płacić za prąd, wychodząc z założenia, że nasze zobowiązania zostaną rozliczone w ramach planowanej sprzedaży Ursus-Media. Wówczas nie mieliśmy jeszcze na to pisemnej zgody Stoenu — przyznaje prezes ZPC Ursus.

Audyty trwały do lutego 2001 r. — niemal półtora roku. Tymczasem — jak twierdzi prezes Ursusa — Stoen zorientował się, że w skład majątku Ursus—Media wchodzi m.in. infrastruktura wodna, gazowa i cieplna, na której dystrybutor energii elektrycznej się nie zna i której nie potrzebuje. Ambitnie jednak postanowił zbudować konsorcjum.

— Bardzo współczułem Stoenowi, bo utworzenie tego konsorcjum było niezwykle skomplikowane logistycznie — mówi, nie kryjąc ironii, Stanisław Bortkiewicz.

Potencjalnych partnerów było wielu. Przewinął się wśród nich m.in. szwedzki koncern energetyczny Vattenfall, inwestor w Elektrociepłowniach Warszawskich, i brytyjska firma Rolls-Royce Power Ventures, inwestująca w małą energetykę cieplną.

— Niewielkim udziałem była zainteresowana nawet gmina, bo burmistrzowi Linowskiemu bardzo zależało, by przyciągnąć do Ursusa inwestorów. Stoen rozmawiał też podobno z Miejskim Przedsiębiorstwem Wodociągów i Kanalizacji i Polskim Górnictwem Naftowym i Gazownictwem — wylicza prezes ZPC Ursus.

Biegły, badający bilans Ursusa za 2000 r., zwrócił uwagę na rosnące zobowiązania spółki z tytułu dostaw energii i zalecił, by „coś z tym zrobić”. Na koniec roku ZPC były winne Stoenowi prawie 22 mln zł — taką kwotę umieszczono w porozumieniu, spisanym przez zarządy spółek 21 lutego 2001 r. Prezesowi Bortkiewiczowi zależało na „zalegalizowaniu” przedłużającego się braku płatności, bo w sądzie okręgowym na rozpatrzenie czekały pozwy Stoenu, dotyczące dochodzenia wierzytelności — tzw. nakazówki. Choć nigdy ich nie wycofano, szef Ursusa osiągnął cel. Strony porozumienia zobowiązały się zawrzeć umowę zwalniającą Ursus ze spłaty długu w zamian za przekazanie Stoenowi udziałów w Ursus-Media.

W dokumencie zapisano m.in., że „wartość księgowa/rynkowa została przez Strony ustalona” na kwotę ponad 25,4 mln zł. Wzrost w stosunku do ceny wywoławczej w przetargu wiązał się — zdaniem prezesa Bortkiewicza — z wniesieniem do spółki ciepłowni, którą był ponoć zainteresowany potencjalny partner Stoenu — Rolls-Royce.

— Brytyjczycy rozważali odkupienie od nas spółki Ursus-Media. To byli bardzo poważni partnerzy. Mieliśmy szansę odzyskać gotówkę — twierdzi Grzegorz Popielarz, formalnie ówczesny członek zarządu oraz dyrektor ds. marketingu i handlu w Stoenie, nieformalnie — uchodzący za kogoś niemal samodzielnie kierującego całą spółką

Z chwilą zawarcia umowy (do 31 marca 2001 r.), pozwy złożone przez Stoen przeciw Ursusowi miały zostać wycofane. W aneksach termin przesuwano dwukrotnie — najpierw na 30 czerwca, a potem na 15 listopada 2001 r.

— Pod koniec listopada zaczęły się nerwowe ruchy. Było po wyborach i zarząd Stoenu spodziewał się, że nie zagrzeje już długo miejsca w spółce. Nie chciał przedłużać porozumienia. Zaczął chodzić z wierzytelnościami do sądu. Nie zamierzał sam ich windykować, chciał tylko dostać nakaz zapłaty. Ale w sądzie pokazywaliśmy porozumienie i sędzia „pukał się w czoło” — opowiada, nie bez satysfakcji, Stanisław Bortkiewicz.

Wynikiem kolejnego spotkania zarządów, z 30 listopada 2001 r., był dokument nazwany „Protokołem ustaleń”. Uzgodniono, że do 5 grudnia strony podpiszą umowę najmu stacji transformatorowych, należących do Ursusa — a nie, jak podobno sądził wcześniej zarząd Stoenu, do Ursus-Media. Warunkowa umowa przedwstępna ich sprzedaży miała być zawarta do 10 grudnia. Według Stanisława Bortkiewicza to właśnie na stacjach od początku zależało Stoenowi, ale zarząd dystrybutora „dopiero wtedy zorientował się”, że należą one do Ursus-Media tylko w niewielkiej części.

— Przez dwa lata budowali konsorcja, jeździli w delegacje, a tu nagle taka eureka! — komentuje złośliwie szef Ursusa.

Mimo to do 5 grudnia Stoen miał również zaprojektować przedwstępną umowę kupna 100 proc. udziałów w Ursus-Media. Jej podpisanie miało nastąpić w ciągu trzech tygodni. Według Grzegorza Popielarza, Stoen wciąż zachowywał szansę odsprzedania spółki koncernowi Rolls-Royce. Jeśli rzeczywiście taka szansa istniała, Stoen nigdy jej nie wykorzystał.

— Nie starczyło czasu... Rolls-Royce to duża firma i obowiązują w niej określone procedury podejmowania decyzji. Nie byliśmy w stanie niczego przyspieszyć — przekonuje były członek zarządu Stoenu.

Jak twierdzi, Brytyjczycy byli zainteresowani projektem jeszcze w 2002 r. — już po zmianach w zarządzie dystrybutora.

— Kiedy w kwietniu próbowali spotkać się z nowym prezesem, z tym z farmacji (chodzi o Zbigniewa Bejmę, wcześniej szefa Polfy Poznań — przyp. red.), usłyszeli, że owszem znajdzie dla nich czas, ale w lipcu. Co mieli robić? Spakowali walizki i wrócili do Londynu — mówi Grzegorz Popielarz.

Termin sfinalizowania transakcji przejęcia przez Stoen spółki Ursus-Media miał być wyznaczony w umowie przedwstępnej. Strony ustaliły, że będzie to zarazem nowa data wygaśnięcia pierwszego porozumienia między zarządami — z 21 lutego. I o to tak naprawdę chodziło Ursusowi. Stanisław Bortkiewicz uznał, że to wystarczająca „podkładka”, by nadal nie płacić za prąd.

— Zgodnie z zapisami protokołu, do 3 grudnia przedstawiliśmy Stoenowi listę biegłych, spośród których dystrybutor miał wybrać tych, którzy wycenią stacje trafo. Wybrał. Zapłaciliśmy pół na pół. Pierwsza wycena opiewała na 50 mln zł, ale Stoen ją zakwestionował i stanęło na 40,1 mln zł. Tej wyceny Stoen również nie uznał. Zaproponował kolejną, którą miała zrobić firma PriceWatterhouseCoopers, ale tym razem my się nie zgodziliśmy, bo nie mieściło się to w warunkach porozumienia. Wtedy Stoen zlecił wycenę swoim pracownikom. Według nich, stacje wraz z działkami były warte 15 mln zł. I tak się boksowaliśmy przez cały 2002 rok... — wspomina prezes Ursusa.

Grzegorz Popielarz pamięta inny przebieg wydarzeń.

— Od razu powołaliśmy komisję techniczną, która oceniła wartość tego majątku na 15 mln zł. Dopiero później Ursus zażądał wyceny z udziałem biegłego. Dokonaliśmy wyboru, ale z listy przedstawionej przez zarząd Ursusa. Wynik „ekspertyzy” opiewał na 40 mln zł. Nic dziwnego, skoro na liście były firmy pracujące wcześniej dla Ursusa... — mówi były członek władz spółki dystrybucyjnej.

Według Stanisława Bortkiewicza, w tych przepychankach uczestniczył już częściowo wymieniony zarząd Stoenu. Na początku 2002 r., zgodnie z przewidywaniami, „polecieli” bowiem Krzysztof Konaszewski i Grzegorz Popielarz. Los obu panów był przesądzony przede wszystkim dlatego, że do spółki trafili z nadania politycznego poprzedniej, „prawicowej” ekipy. Oficjalnie dwaj członkowie zarządu dystrybutora stracili posady w związku ze sprawą Ursusa — pod pretekstem nieodpowiedzialnej sprzedaży części wierzytelności. Sprzedano ją śląskiej spółce Habur, która w zamian przejęła od Ursusa grunt, wyceniony na 3,8 mln zł.

— To było pod koniec listopada 2001 r. Zarząd Stoenu już się bał i bardzo chciał mieć na koncie jakiś sukces. Ten sam grunt proponowaliśmy wcześniej Stoenowi i gotowi byliśmy go sprzedać za niższą cenę. Ale nie był zainteresowany — mówi Stanisław Bortkiewicz.

— Nieprawda! Skierowana do nas w październiku 2001 r. oferta Ursusa opiewała na 12 mln zł — komentuje Grzegorz Popielarz.

— Cena była do negocjacji — twierdzi szef ZPC.

Krzysztof Konaszewski nie jest pewien, ale — o ile dobrze sobie przypomina — grunty proponowane Stoenowi przez Ursus miały nieuporządkowane sprawy własnościowe.

Niestety Stoen nie dostał za sprzedany Haburowi dług ani grosza. Sprawa przewinęła się później przez niesławny „Raport otwarcia” rządów ekipy Leszka Millera i — jak większość umieszczonych w nim „afer” — zakończyła się niczym.

— Próbowaliśmy rozwiązać problem Ursusa kompleksowo. Zaczęliśmy od Ursus-Media, potem dojrzeliśmy do zainteresowania się infrastrukturą przesyłową, a jednocześnie próbowaliśmy sprzedać część długu. Plan był dobry, ale chcieliśmy podejść do sprawy rzetelnie i rozwiązać problem wieloma drogami jednocześnie. To wymagało czasu. Potem były negocjacje, które musiały długo trwać. Zamknęlibyśmy wszystko do końca stycznia 2002 r. — taką obietnicę złożyliśmy w ministerstwie skarbu — ale nie zdążyliśmy, bo nas zawieszono, a potem odwołano — tłumaczy Krzysztof Konaszewski.

Zdaniem Grzegorza Popielarza w sprawie Ursusa Stoen miał związane ręce.

— Ursusowi bardzo zależało na anulowaniu całości długu, który pod koniec naszych rządów wynosił chyba jakieś 38 mln zł. Dlatego upierał się przy swej wycenie. Nie mogliśmy się jednak zgodzić na przejęcie za 40 mln zł majątku wartego 15 mln zł. Strzelilibyśmy gola do własnej bramki i za chwilę mielibyśmy na karku prokuraturę — mówi były członek zarządu Stoenu.

Choć od miesięcy dla szefów dystrybutora musiało być jasne, że Stanisław Bortkiewicz bezczelnie wodzi ich za nos, nigdy nie zdecydowali się na przerwę w zasilaniu niepoprawnego dłużnika.

— Kiedy zapowiadaliśmy odłączenie od sieci, w ostatniej chwili Ursus zawsze wysupływał jakieś pieniądze. Przede wszystkim jednak mieliśmy świadomość, że wyłączenie Ursusa oznacza też wstrzymanie dostaw prądu do 120 niewinnych odbiorców podłączonych do jego sieci. To nas powstrzymywało — twierdzi Krzysztof Konaszewski.

Według Grzegorza Popielarza, zarządem Stoenu kierowały także inne — znacznie twardsze — argumenty.

— Wielokrotnie groziliśmy Ursusowi, ale wtedy natychmiast dzwonił telefon z ministerstwa pracy albo skarbu. Wiem, bo sam odbierałem takie telefony. Stawiano sprawę jasno: jeśli my wyłączymy Ursus, oni „wyłączą” nas — mówi Grzegorz Popielarz.

— Gdyby Stoen był prywatną spółką, wszystko mogłoby wyglądać inaczej. Być może przejęlibyśmy od Ursusa stacje trafo — nawet po zawyżonej cenie, ale pozbylibyśmy się kłopotu — dodaje dyrektor.

Jednocześnie Ursus straciłby najsilniejszy argument, którym nadal skutecznie szantażuje nawet Urząd Regulacji Energetyki (URE). Przejęcie przez Stoen stacji transformatorowych oznaczałoby bowiem uniezależnienie od Ursusa lokalnych odbiorców energii, dziś przymusowo korzystających z jego pośrednictwa.

Według Bogdana Bigusa, dyrektora Ursus-Media (na początku roku sprzedanej dwóm firmom — Polimaxowi i Budmontowi — za niespełna 17 mln zł, ponoć z dużymi zobowiązaniami), ten sam efekt można było osiągnąć inaczej. Ale Stoen postawił weto.

— Już w 1999 r. chcieliśmy podpisać ze Stoenem umowę przyłączeniową, która umożliwiłaby zasilanie naszych odbiorców bez pośrednictwa Ursusa. W zeszłym roku wystąpiliśmy o techniczne warunki przyłączenia do sieci. Bez skutku. W końcu zwróciliśmy się do URE — mówi Bogdan Bigus.

Jeszcze przed decyzją urzędu, Christian Hövelhaus, członek zarządu Stoenu, tłumaczył, że dystrybutor nie może podpisać umowy z Ursus-Media, dopóki obowiązuje kontrakt z ZPC.

— Nie możemy zawrzeć z dwoma podmiotami umowy, której przedmiotem będzie zasilanie tych samych obiektów — przekonywał.

A na rozwiązanie kontraktu z producentem ciągników Stoen nie miał ochoty, bo — nie bez racji — obawiał się, że straci ostatnie narzędzie perswazji w sporze z Ursusem.

Mimo to regulator nakazał dystrybutorowi przyłączenie do sieci spółki Ursus-Media. Decyzja nie ma jednak rygoru natychmiastowej wykonalności i, choć strony prowadzą rozmowy, nie zanosi się na rychły finał.

— Mając umowę przesyłową, bez problemu będziemy mogli kupić energię na rynku. Rozmawiamy z Zespołem Elektrowni Ostrołęka i Elektrownią Bełchatów — zapewnia Bogdan Bigus.

Drugie postępowanie — prowadzone na wniosek ZPC — URE zawiesił. Regulator uznał, że dopiero po wyroku sądu w sprawie finansowych relacji między Stoenem a Ursusem rozstrzygnie, czy dystrybutor, odcinając prąd, postąpił zgodnie z prawem.

Szef Ursus-Media mówi, że rozumie determinację zarządu Stoenu, ale jego zdaniem, zakład energetyczny „nie musiał robić pokazówki” kosztem klientów regularnie płacących rachunki.

— Obawiam się, że po odcięciu dostaw prądu, należąca do ZPC odlewnia żeliwa już się nie podniesie. Nowy 5- -letni piec nadaje się do remontu. Odlewnia to jeden z naszych największych odbiorców. Jeśli upadnie, my także znajdziemy się w kłopotach finansowych. Takie problemy mieliśmy już przed dwoma laty, kiedy zbankrutowało kilka spółek Ursusa (były nam winne około 10 mln zł). Nasz roczny obrót sięga dziś 40 mln zł — mówił niedawno Bogdan Bigus.

Wczoraj sąd gospodarczy ogłosił upadłość odlewni.

Nowy zarząd Stoenu, który zaczął kierować spółką po prywatyzacji z nadania niemieckiego inwestora RWE, zanim zdecydował się na wyłączenie, próbował skłonić dłużnika do zapłaty zaległości.

— Pierwszy raz spotkaliśmy się w lutym. Od tego czasu prowadziliśmy wiele rozmów — także przy tym stole. Przede wszystkim chcieliśmy uporządkować kwestię bieżących należności. Jeśli chodzi o zaległe 40 mln zł, to zdawaliśmy sobie sprawę, że Ursus nie zapłaci takiej kwoty jednorazowo. Wiedzieliśmy, że musimy rozmawiać o jakiejś koncepcji na lata — relacjonuje Christian Hövelhaus.

Inaczej wspomina te spotkania Stanisław Bortkiewicz.

— Zaproponowaliśmy im podpisanie umowy z Ursus-Media i rozliczenie: całość długu na koniec czerwca 2003 roku w zamian za stacje trafo. To oznaczałoby oddanie stacji za kwotę o 7-8 mln zł niższą od wyceny. Odpowiedzieli, że decyzję musi podjąć centrala RWE, bo w grę wchodzi zbyt duża kwota — twierdzi prezes ZPC.

— Decyzję podejmowaliśmy samodzielnie — kontruje Harry Schur, prezes Stoenu.

Ursus był zadowolony, bo oczekiwanie na stanowisko Stoenu traktował jak kolejną zwłokę.

— Nikt nie żądał zapłaty. Czekaliśmy spokojnie. Aż tu nagle 28 kwietnia przychodzi ultimatum: Stoen wymaga wpłaty 40 mln zł, inaczej wstrzyma dostawy — mówi Stanisław Bortkiewicz.

— W ultimatum domagaliśmy się tylko spłaty tegorocznych należności. Resztę chcieliśmy negocjować — przekonuje prezes Stoenu.

Od maja ZPC zaczął regulować bieżące rachunki — co dziesięć dni. Prezes Ursusa zorientował się, że po prywatyzacji Stoenu nie może już liczyć na ulgowe traktowanie. Zaproponował ratalną zapłatę zaległości, ale tylko tych, które powstały po wejściu niemieckiego inwestora. Gros długu nadal chciał spłacić majątkiem.

— Nie powiedzieli ani tak, ani nie. Jakbym mówił do ściany. Powtarzali tylko jedno hasło: RWE nie może sobie pozwolić, by klienci mu nie płacili. A przecież, kiedy kupowali Stoen, ten dług już istniał i z pewnością uwzględnili go w wycenie — argumentuje prezes ZPC.

Harry Schur przekonuje, że prawdziwy obraz sytuacji RWE poznało dopiero po sfinalizowaniu transakcji z ministerstwem skarbu.

— W przedsiębiorstwach, które kupujemy, zawsze istnieją jakieś należności. Ale o tym, że dług Ursusa narasta już od 1999 r., dowiedzieliśmy się dopiero po fakcie. Rezygnacja z wyegzekwowania tych pieniędzy byłaby działaniem na szkodę spółki i jej pracowników — podkreśla Harry Schur.

Stacje trafo oferowane przez ZPC już Stoenu nie interesują.

— Kancelaria prawna, której się radziliśmy, uznała, że z dokumentów podpisanych przez dawny zarząd Stoenu nie wynika, że spółka podjęła jakiekolwiek zobowiązania. W sprawie stacji trafo podpisano tylko list intencyjny, dotyczący badania możliwości przejęcia. Ale potem pojawiły się rozbieżności w ocenie wartości i do transakcji nie doszło. Poza tym ten majątek ma już obciążoną hipotekę — twierdzi Christian Hövelhaus.

Szef ZPC uważa, że Stoen nie ma ochoty przejmować stacji, bo od grudnia 2001 r. je dzierżawi.

— Zamierzamy podważyć umowę zawartą na 30 lat, bo podpisaliśmy ją pod wpływem groźby. Grożono nam oczywiście przerwaniem dostaw energii — twierdzi prezes Ursusa.

Jeśli po kwietniowym ultimatum Stanisław Bortkiewicz miał jeszcze jakieś wątpliwości, to pismo od Stoenu z 2 czerwca z pewnością je rozwiało. Dystrybutor zapowiedział, że za tydzień odetnie dłużnika. Nie pomogło spotkanie w ZPC, na które oprócz wierzyciela prezes zaprosił przedstawicieli ministerstwa skarbu i gospodarki, Ursus-Media oraz największych odbiorców energii korzystających z usług Ursusa. Zarząd Stoenu pisemnie poinformował, że nie widzi potrzeby, aby o wzajemnych rozliczeniach dyskutować w obecności osób trzecich. Wolał spotkać się na własnym terenie dwa dni później. Niestety, odpowiedź z ZPC nadeszła zbyt późno — zarząd zmienił plany i do spotkania nie doszło.

— Skoro nie powiodło się spotkanie ostatniej szansy, uprzedziliśmy tylko Stoen o konsekwencjach ewentualnego wyłączenia — i czekaliśmy. W poniedziałek prąd odcięto — zresztą w bardzo dramatycznych okolicznościach. Ursus-Media miało swój agregat, którym podtrzymywało piec w odlewni. Stoen zagroził, że go spali, bo zakłóca pracę sieci — mówi Stanisław Bortkiewicz.

Christian Hövelhaus zaprzecza.

— Staraliśmy się pomóc niektórym odbiorcom Ursus-Media. Udostępniliśmy nawet dwa własne agregaty — twierdzi członek zarządu Stoenu.

Być może teraz, gdy w Ursusie pojawił się inwestor — warszawskie Przedsiębiorstwo Handlu Zagranicznego Bumar, które wzmocniło najważniejszą spółkę grupy — Stoen zyska szansę odebrania swoich pieniędzy. Dystrybutor będzie jednak musiał poczekać na decyzję sądu. Tymczasem w Polsce wciąż pokutuje pogląd, że prąd to dobro publiczne i nie można go nikomu odmówić, podobnie jak nie można zabronić oddychania powietrzem. Na tym irracjonalnym przekonaniu można nawet zbić kapitał polityczny.

Po awanturze ze Stoenem o interes Ursusa upominał się z trybuny sejmowej Zygmunt Wrzodak, poseł LPR. Błyskawiczna decyzja URE – podobno najszybsza w historii urzędu — sprawiła, że afera na jakiś czas przycichła. Ale sprawa „złych” zagranicznych inwestorów — „bezczelnie” upominających się o pieniądze — z pewnością jeszcze powróci.

I odbije się nam czkawką przy kolejnej próbie prywatyzacji.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Agnieszka Berger

Być może zainteresuje Cię też:

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Tematy

Puls Biznesu

Prawo / Prąd się należy