Pierwszy seryjny jeep od razu zrobił furorę. „Parade Magazine” poświęcił najnowszemu gadżetowi amerykańskiej armii aż trzy strony.
W 1940 r. amerykańscy generałowie zaczynali się niepokoić. Wieści zza Atlantyku nie napawały optymizmem. Po bezkrwawych podbojach Austrii i Czechosłowacji Hitler w 1939 r., po miesięcznej kampanii, pokonał Polskę. Wiosną 1940 r. ruszył na Zachód. Norwegia, Belgia, Holandia, Francja — kolejne kraje padały łupem nazistów, a taktyka blitzkriegu zdawała się niepokonana. Amerykanie doszli do wniosku, że trzeba się szykować na wojnę, w której o zwycięstwie nie zadecydują bunkry i okopy, lecz mobilność wojsk.
Pod koniec czerwca 1940 r., gdy Brytyjczycy ewakuowali się z Dunkierki, amerykańska armia ogłosiła przetarg na lekki samochód terenowy. Do zgłaszania projektów zaproszono 137 firm, ale ze względu na wyśrubowa- ny termin — 49 dni — na placu boju pozostało trzech konkurentów: Ford Motor Company, Willys Overland Motors i American Bantam Car Company. Początkowo przetarg wygrał Bantam, ale nie potrafił sprostać ani wielkości zamówienia, ani dodatkowym wymaganiom wojska. Ostatecznie zamówiono po 1500 sztuk u trzech pro- ducentów. Z zadania naj- lepiej wywiązał się Willys (także ze względu na cenę — 738 dolarów) i to on w lipcu 1941 podpisał kontrakt, którym — ze względu na olbrzymie zapotrzebowanie — musiał się wkrótce podzielić z Fordem.
Ambasador cudotwórca
Dziś marka Willys kojarzy się ze słynnym jeepem, ale wówczas zwycięstwo tej firmy w wyścigu o zamówienie na samochód wojskowy było niejakim zaskoczeniem, bo Willys znany był raczej z limuzyn.
Korzenie firmy sięgały 1903 r., kiedy w Toledo powstała fabryczka Overland Car Company, która wkrótce popadła, jak wielu pionierów motoryzacji, w kłopoty finansowe. Wówczas pojawił się cudotwórca John North Willys (na zdjęciu u góry), który wykupił fabrykę i po siedmiu latach działalności uczynił ją jednym z największych producentów samochodów na świecie.
John Willys nie był jednorazowym cudotwórcą. W latach 20. firma ponownie popadła w poważne tarapaty. Jej zadłużenie sięgnęło 17 mln dolarów. Willys nie zrezygnował — zawarł parę umów z bankami, sprzedał własny majątek, by spłacić wierzycieli i po dwóch latach pochwalił się 13 mln dolarów zysku. W 1929 r. sprzedał swoje udziały w spółce za 21 mln dolarów i odszedł do dyplomacji — został ambasadorem w Warszawie. W 1933 r. wrócił jeszcze raz do firmy, by ją ratować po stratach w wyniku wielkiego kryzysu, ale zmarł na udar mózgu w 1935 r. Fabrykę Willysa uratował dopiero jeep.
Od bieguna po równik
Willys i Ford wyprodukowali w czasie wojny 650 tys. aut, a jeep stał się marką global-ną. Przemierzał rosyjskie mroźne równiny, piaski Afryki i dżungle Filipin. Woził aliantów na wszystkich frontach największej wojny. Według Davida Dwighta Eisenhowera, bez jeepa zwycięstwo aliantów byłoby niemożliwe. Szybkie, zwinne i trwałe autko stało się najpopularniejszym pojazdem tej wojny.
W 1946 r. Willys zastrzegł nazwę jeep jako odrębną markę (oficjalną nazwą jeepa w czasie wojny był Willys MB lub Ford GPW) i zaczął produkować terenówki na rynek cywilny (pierwsze modele oznaczano CJ — Civilian Jeep). Kilkakrotnie zmieniał właściciela (obecnie Chrysler) i wypuszczał na rynek kolejnych potomków legendarnego Willysa — Cherokee, Wrangler, Patriot, Commander.
Największa tajemnica
Samochody z charakterem. Ale w tych lśniących lakierem, luksusowych maszynach z klimatyzacją, GPS i innymi gadżetami coraz trudniej doszukać się pokrewieństwa z zasłużonym na wojnie przodkiem, choć i tak wyróżniają się na korzyść spośród setek marek stylizowanych na terenowe, których największym terenowym wyczynem jest samodzielne podjechanie pod krawężnik.
Jeep to auto o wojskowym rodowodzie, a w wojsku zawsze są jakieś tajemnice. Do dziś nierozwikłaną zagadką jest, skąd w ogóle wzięła się nazwa jeep.
Jedni twierdzą, że to fonetyczny skrót od oznaczenia bliźniaczego modelu Forda (GP), inni, że auto nazwano na cześć postaci z kresków-ki „Popeye” — Eugene the Jeep. Najbardziej prawdo-podobną wersją jest to, że w latach 40. ubiegłego stulecia tak właśnie w amerykańskiej armii określano rekrutów. I cokolwiek by mówić — w tym wypadku był to znakomity pobór.
