O uzdrawianie szczawnickiego uzdrowiska zadba potomek dawnego właściciela, w którym płynie błękitna krew z francuskim akcentem.
Wysoko, w Parku Górnym, postawili Hutnika. Kilkanaście pięter z szarego betonu. Niżej rozpłaszczony Papiernik ze zmatowiałymi mozaikami przy wejściu. Na samym dole w oczy kłuje klockowate trio: Górnik, Nawigator i Budowlani. Duma Szczawnicy z lat PRL.
Dla wyczulonego na piękno położonego u progu Pienin uzdrowiska to widok nie do zniesienia. Próba fizycznego przytłoczenia mieszczańskiej architektury, misternie zdobionych budowli, rodem z XIX w. A przecież jedynie niewielka część zabudowań w tym niewielkim mieście pamięta czasy węgierskiego wizjonera Józefa Szalaya, którego uważa się za założyciela uzdrowiska. A jeżeli już, to są to zwykle ruiny, gdzie trudno dopatrzyć się cienia dawnej wspaniałości. Ale niedługo nie trzeba będzie wytężać wzroku.
Detale, detale
Półtora roku temu właścicielem większości akcji uzdrowiska zostali potomkowie ostatniego jego przedwojennego właściciela — hrabiego Adama Stadnickiego.
— W sumie do naszej grupy uzdrowiskowej należą dwadzieścia cztery obiekty. Większość z nich to wiekowe wille — wylicza Krzysztof Mańkowski, prawnuk Adama Stadnickiego, prezes Thermaleo.
Wszystko rozrzucone na 30 hektarach parków i ogrodów, w plątaninie alei i schodów. Prezes proponuje wycieczkę po uzdrowisku. Pan na włościach. Dwadzieścia dziewięć lat na karku i plany wydania, jeszcze znacznie przed czterdziestką, 80 mln złotych. Tyle mają pochłonąć najważniejsze prace związane z uzdrowieniem uzdrowiska. Teraz trwają prace w kilku willach, między innymi w domu Nad Zdrojami i w Haneczce. To przy placu Dietla, na dole. Dawniej tu koncentrowało się życie towarzyskie i kulturalne. Dziś hulają przeciągi i całymi dniami hałasują maszyny budowlane. Oczyma wyobraźni można zobaczyć fasady wyremontowanych domów, zadbane alejki, kuracjuszy wysiadających z mercedesów. Bo standard ma być wysoki. Minimum cztery gwiazdki. Na lato może zdążą z otwarciem położonego wyżej pięciogwiazdkowego hotelu. Robota się trochę ciągnie, bo co rusz trzeba nanosić jakieś poprawki.
— Detale, detale i jeszcze raz detale. Tu kryje się tajemnica, piękno szczawnickiej architektury — upiera się Krzysztof Mańkowski.
Inżynier komandos
Bynajmniej nie jest stąd, bardziej z Francji. Tam jest znany jako Christophe. Właściwie to zanim przyjechał w Pieniny na stałe trzy lata temu, Szczawnicę odwiedził raz. Jako dziesięciolatek przechadzał się z ojcem po dawnym rodzinnym majątku. Skończyło się na westchnieniach, że „to było nasze”. Lata potem skarb państwa, przyciśnięty do muru wyrokami sądowymi, zgodził się na zwrot większości dawnego majątku Stadnickich w Szczawnicy. W zamian za obietnicę inwestycji.
— Filary będą dwa: sanatorium i spa. A najpierw porządna baza noclegowa i coś ekstra: restauracja, kafejka i muzeum — zaznacza prezes o błękitnej krwi.
Sygnetu nie nosi, laseczką się nie podpiera. Tylko to francuskie „r” jakieś podejrzane.
— Rodzina się podśmiewa, że jestem tu jak komandos.
Było tak — majątek odzyskany, ale za to nikogo w rodzie, kto by miał jakieś doświadczenie w biznesie hotelarskim. Wyszło, żeby szefem zrobić świeżo upieczonego inżyniera budowlanego z Paryża, który po polsku umiał tyle co „dzień dobry” i „do widzenia”. Skoro się zgodził, to znaczy, że podoła. A z górą pieniędzy to się potomkowie Stadnickiego bynajmniej nie urodzili. Załatwili kredyty, wciągnęli europejski fundusz inwestycyjny. Mają biznesplan i doświadczonych doradców. W zdroju ma być Francja elegancja, cyfrowa telewizja, baseny. Tysiąc łóżek. Spa będzie w modernistycznym budynku Inhalatorium. AD 1936, tu stanęły pierwsze w Polsce komory pneumatyczne. Leczą odpowiednim ciśnieniem.
— Będzie tak trochę niedostępnie, deficytowo. Nie tak, że się dzwoni i pokój zaraz czeka. Szczawnica ma być „perłą”, której ludzie szukają — zdradza Krzysztof Mańkowski.
Lifting żaby
Na razie turystów straszy bryła siedziby uzdrowiska. Sześcienna, rozlazła żaba obklejona zielonymi kafelkami, gdzie można pokąpać się w błocie.
— To jest… modernistyczne — szuka właściwego słowa Krzysztof Mańkowski.
A i tak już za chwilę rusza przebudowa budynku.
Szef Thermaleo robi alchemiczną sztuczkę — przewraca stronę w katalogu z wizualizacjami centrali. Przed i zaraz po. Brzydkie kaczątko i książę z bajki. Drewno, spadzisty dach, wyraziste linie. Detale, detale.
— Zabytkowe budynki też muszą odnaleźć swój urok. Studiujemy zdjęcia, stare plany, tak by usunąć efekty niechlujnych remontów — zapala się szlachcic herbu Zaremba.
Taka Malinowa: z eleganckiego domu stała się beznamiętną ruderą kryjącą w sobie liczne sklepiki, jak ten spożywczy, z galerią przeciętnych obrazów w witrynie. A gdzie delikatne ornamenty, splątane zwieńczenia, zbalansowane kolory i proporcje? W wyobraźni nowego starego właściciela. Bo w takim spa nie może być sufitu z jarzeniówą walącą po oczach. Obowiązkowo wygładzone kąty na sklepieniu i pośrodku owal. Wtedy boczne światło gładzi wpatrujące się weń oczy, wyzierające zza maseczki z japońskich alg.
— Oto projekt wnętrza Café Haneczka. Połączenie tradycji z nowoczesnością. Jak się uda Hutnika kupić, to z niego też zrobię ludzi — zapewnia Krzysztof Mańkowski.
Plan dla Pottera
Ciekawe, czy na zeszłorocznych spotkaniach przedwyborczych też tak nawijał. Najpewniej, bo w końcu dostał 303 głosy, najwięcej ze wszystkich. Radny Mańkowski prawi:
— Jest tu sporo osób mających plan dla Szczawnicy. Ona ma dużo zalet, jest niewielka, niszowa. Inna niż rozhukane Zakopane. Intrygująca — uważa.
Wracamy. Dużo błota, ławki niekompletne, powykrzywiane, drzewa i krzewy zdziczałe, alejki dziurawe. O, kładli rury, a zapomnieli chodnika położyć. Zielone kikuty latarenek nie trzymają pionu. Jest też prowizoryczny płotek — kawały dykty pomazanej przez miejscowych ziomali. Warszawianka i Litwinka — puste, obdrapane ściany. Miliony milionami, ale poraża ogrom pracy, jaki trzeba tu włożyć.
— To pewnie projekt na życie. A szykuję kolejny bajer. Odbudujemy legendarny Dworzec Gościnny. Kawał niezwykłej architektury. Harry’ego Pottera będzie tam można żywcem kręcić — dorzuca gospodarz.
Słynny Kursalon, w którym bratali się malarze, pisarze i szlachta o głośnych nazwiskach, powstanie z popiołów. A po imprezie można skoczyć na Szymona. Świetna szczawa, szybko przegania kaca. Może by ją w butelkach po Polsce sprzedawać? Jeszcze dzień, jeszcze dwa, a déja vu w Szczawnicy stanie się faktem. n
Węgier w Pieninach
Właściwym założycielem uzdrowiska w Szczawnicy był Józef Szalay, węgierski ziemianin. Wcześniej Jan Kutschera miał tu źródła, z których wodę butelkował i sprzedawał. Grunty w Pieninach skupowała głowa rodziny, czyli matka Józefa — Józefina. Na jej prośbę w 1839 r. Józef Szalay porzucił posadę naczelnika c.k. urzędu skarbowego i został szefem uzdrowiska. Nowi właściciele zaczęli budować przyszłe zdrojowisko. Uporządkowali źródła, nadali im swoje imiona. Powstało kilkanaście budynków, a Józef Szalay zaczął oddawać się największej pasji swego życia: budowie kurortu na europejskim poziomie. Wykorzystał marketing, wydał przewodnik po Szczawnicy. W testamencie uzdrowisko powierzył Akademii Umiejętności w Krakowie.
Włości herbu Zaremba
Głównym majątkiem Stadnickich były lasy. Przed wojną mieli 9 tys. ha w Polsce i 2 tys. na Morawach. Do tego uzdrowisko w Szczawnicy, dwór w Nawojowej i posiadłość we Vranovie. Adam Stadnicki wprowadził nowe gatunki drzew: daglezję i modrzew japoński. Założył 4 rezerwaty przyrody, gościł V Międzynarodowy Zjazd Botaników. Potem przyszła wojna.
Historia się powtarza
Adam Stadnicki kupił Zakład Zdrojowy w Szczawnicy od krakowskiej Akademii Umiejętności w 1909 r. Ta ostatnia, nie mogąc sobie poradzić z uciążliwym podarunkiem Józefa Szalaya, zdecydowała się go sprzedać prywatnemu nabywcy. Wybuchł mały skandal, bo było to wbrew woli testatora. Nowy właściciel zaczął od doprowadzenia elektryczności. W kilku willach wprowadzono kanalizację. Za czasów Stadnickiego utworzono m.in. Pensjonat Zdrojowy, wybudowano supernowoczesne Inhalatorium. Zaczęły się lata prosperity. Potwierdza to frekwencja kuracjuszy, głównie z kręgu artystów i arystokratów, sięgająca dziesięciu tysięcy rocznie. W 1948 r. uzdrowisko znacjonalizowano, wraz z zapasami olejków do inhalacji.
Karol Jedliński
