Prawo i Sprawiedliwość na przedwyborczym rozdrożu

Jacek ZalewskiJacek Zalewski
opublikowano: 2026-07-16 18:47

Mateusz Morawiecki, wiceprezes PiS i były premier, absolutnie nie rezygnuje ze zorganizowania letniego eventu jego stowarzyszenia Rozwój Plus.

Posłuchaj
Speaker icon
Zostań subskrybentem
i słuchaj tego oraz wielu innych artykułów w pb.pl
Subskrypcja

Po posiedzeniu kończącym się 17 lipca Sejm odbędzie jeszcze jedno w dniach 29-31 lipca – tradycyjnie poświęcone m.in. ocenie wykonania budżetu państwa w poprzednim roku – a później już sierpniowa kanikuła do 2 września. Z naturalnym przesunięciem kalendarzowym ma wakacyjną przerwę Senat: kończy posiedzenie 7 sierpnia, a wraca dopiero 23 września. Za rok rozgorączkowana klasa polityczna nie będzie mogła sobie pozwolić na jakikolwiek letni oddech, narastał będzie wtedy amok kampanii wyborczej. Głosowanie odbędzie się w którąś niedzielę października 2027 r., zapewne w najwcześniejszą konstytucyjnie możliwą 17.10, ewentualnie w następną 24.10. Obecna faza prekampanii z ponadrocznym wyprzedzeniem koncentruje się na intensywnych – opartych na sondażach – kalkulacjach i przymiarkach, kto z kim się skonsoliduje, ale być może również… podzieli.

Klasa polityczna w zasadzie już nauczyła się arytmetycznych reguł gry. Teoretycznie wszyscy wiedzą, jakie znaczenie dla podziału mandatów w proporcjonalnych wyborach do Sejmu ma klasyczna XIX-wieczna metoda przeliczeniowa Victora D’Hondta oraz czym się różni próg 5-procentowy wymagany dla komitetu formalnie jednopartyjnego od 8-procentowego dla koalicji. Mimo wiedzy sprawdzonej już wielokrotnie w praktyce wciąż przebijają się partyjne wątki naiwnego chciejstwa. Jeden wariant brzmi – może uda się nam przeskoczyć do Sejmu nad niższą poprzeczką samodzielnie, dzięki czemu nie będziemy się dzielili powyborczą dotacją zwrotną oraz późniejszą coroczną subwencją. Drugi jest bardziej ryzykowny – przymierzmy się ambitnie do koalicyjnej poprzeczki wyższej, wtedy mandatowy urobek per saldo będzie korzystniejszy, chociaż dotacją i subwencją trzeba się będzie z udziałowcami wyborczej spółki podzielić. Na tym wariancie cieniem kładzie się wspomnienie z klęski Zjednoczonej Lewicy w 2015 r., która 8-procentowy próg sondażowo miała niby pewny, ale z wynikiem 7,55 proc. przepadła, ponieważ aż 3,62 proc. głosów w skali ogólnopolskiej zaskakująco podebrała jej z tej samej lewicowej kupki w ostatnich dniach przed wyborami Partia Razem.

Brutalne reguły arytmetyczne przypominam w kontekście rozwoju sytuacji wewnątrz Prawa i Sprawiedliwości. Na piątek, 31 lipca, po zakończeniu przedwakacyjnego posiedzenia Sejmu zaplanowane zostało wydarzenie, które może istotnie zamieszać po prawej stronie sceny politycznej, naturalnie tej bliższej centrum niż znajduje się obecnie elektorat obu zwyżkujących sondażowo Konfederacji. Mateusz Morawiecki, wiceprezes PiS i były premier, absolutnie nie rezygnuje ze zorganizowania letniego eventu jego stowarzyszenia Rozwój Plus, którego istnienia wewnątrz partii właśnie zakazał najwyższy prezes Jarosław Kaczyński. Wszyscy członkowie stowarzyszenia teoretycznie otrzymali tydzień na namysł i decyzję, którego pana wybierają – dobrze znane realia startu do parlamentu za rok z listy PiS czy też bardzo ryzykowne rzucenie się wraz z Rozwojem Plus na wody nieznane i pełne wirów. Naprawdę decyzyjnie zapowiada się dopiero obecność/nieobecność na wspomnianej zbiórce 31 lipca. Notabene odbędzie się ona na warszawskiej Pradze, nawet niedaleko od naszej redakcji. Zapowiada się kreatywny harcerski kominek – symbolicznie nawiązuję do popularnej nazwy frakcji Mateusza Morawieckiego w szeregach PiS, do której należą m.in. dawni druhowie wywodzący się ze Związku Harcerstwa Rzeczypospolitej (nie mylić ze znacznie większym i starszym ZHP).

Według wiceprezesa PiS jego wewnątrzpartyjna tzw. poziomka absolutnie nie powoduje rozbijactwa. Wręcz odwrotnie, to pożyteczna platforma, na której Polacy chcą rozmawiać o przyszłości, przedstawiać konkretne rozwiązania i docierać do ludzi oczekujących dzisiaj od polityki przede wszystkim rozwoju, bezpieczeństwa i ambitnej wizji państwa. Były premier – który wciąż nie przyjął do wiadomości wyznaczenia przez Jarosława Kaczyńskiego nie jego, lecz Przemysława Czarnka na hipotetycznego szefa rządu PiS po zwycięstwie wyborczym za rok – akcentuje, że w partii potrzebny jest zarówno mocny głos w obronie wartości, jak też otwarcie na tych, którzy chcą „nowoczesnej, dynamicznej i silnej Polski”. Pod taką wizją najwyższy prezes również się podpisuje, ale doszedł do wniosku, że jakakolwiek frakcyjność w PiS jest wykluczona. Jarosław Kaczyński po prostu skopiował po ponad stu latach tzw. leninowskie normy życia partyjnego, które były bolszewickim dogmatem i opoką. Centralizm demokratyczny z definicji wprowadzał bezwzględny zakaz tworzenia wewnątrz partii frakcji i platform. Mateusz Morawiecki jako historyk powinien o tamtym kanonie pamiętać.