Precyzyjny kontrakt oszczędzi kłopotów

Albert Stawiszyński
opublikowano: 2005-04-05 00:00

Im dokładniej menedżer wynegocjuje z firmą zasady współpracy, tym większe szanse, że nie zakończy się ona na sali sądowej.

Na podstawie kontraktu menedżerskiego często zatrudnia się kadrę zarządzającą, a w szczególności członków zarządu. Nieraz na tle realizacji postanowień zawartych w takiej umowie powstają spory, mające swój finał także na sali sądowej. Przede wszystkim wynikają one z braku precyzji w postanowieniach kontraktu.

Na co uważać

Najczęściej pozwy menedżerów przeciw zatrudniającym ich firmom dotyczą wynagrodzenia. Waldemar Gujski, adwokat z Warszawy, specjalizujący się w prowadzeniu tego rodzaju spraw, podaje przykład.

— Bardzo dobry polski menedżer podpisał umowę, zgodnie z którą miał dostać wysoką gratyfikację pod warunkiem uzyskania określonego zysku przy pewnym poziomie obrotów. W zapisie był ukryty haczyk. Zysk udało mu się osiągnąć, ale przy niższym obrocie (co dla firmy jest korzystne). W efekcie nie dostał dodatkowych pieniędzy — mówi Waldemar Gujski.

Jak się bronić przed takimi, trudnymi do wykrycia postanowieniami w kontrakcie menedżerskim. ? Najlepiej negocjować kontrakt tak długo, aż wszystkie istotne kwestie zostaną uregulowane.

Istotna reprezentacja

Niemałe problemy wywołują także zagadnienia dotyczące właściwej reprezentacji spółki wobec swoich menedżerów.

— Na tym tle pojawia się mnóstwo sporów sądowych. Często zdarza się, że członkowie zarządu podpisują umowę lub ją wypowiadają innemu członkowi zarządu. To błąd. Takie działania powodują niepotrzebne i wielorakie komplikacje. Jeśli menedżer pójdzie do sądu, to ma w zasadzie wygraną sprawę z przyczyn formalnych — wyjaśnia Waldemar Gujski.

Wynika to z faktu, że spółkę akcyjną czy też spółkę z ograniczoną odpowiedzialnością reprezentuje — co do zasady — zarząd, ale nie w stosunku do własnych członków. Osobą kompetentną do negocjacji i podpisania kontraktu w takiej sytuacji będzie pełnomocnik powołany uchwałą wspólników albo rada nadzorcza.

Kwoty, jakich dochodzą przed sądem menedżerowie, są niebagatelne — czasem kilkaset tysięcy złotych, a nawet miliony.

Przykłady? Choćby pozew byłej szefowej Elektrimu Barbary Lundberg o zapłatę zaległego wynagrodzenia. Wraz z odsetkami opiewał na ponad milion dolarów. Ostatnio głośno było także na temat procesu, jaki wytoczył Tomasz Lis stacji TVN za nielegalne rozwiązanie umowy o pracę, domagając się przy tym ponad 200 tys. zł odszkodowania. Obie sprawy wciąż się toczą.

Zanim jednak strona zdecyduje się złożyć pozew, musi się liczyć z kosztami postępowania sądowego. W przypadku umowy o pracę koszty te będą praktycznie żadne.

— Przepisy kodeksu pracy traktują menedżera jako zwykłego pracownika. Konsekwencją jest brak wpisu sądowego. W grę wchodzi jedynie opłacenie pełnomocnika. Inaczej w przypadku kontraktów menedżerskich zawartych w formie umowy cywilnoprawnej. Spory z tego zakresu sąd rozpatrzy wówczas, gdy strona powodowa wniesie odpowiednią opłatę, uzależnioną od wartości przedmiotu sporu — wyjaśnia Gujski.

Jeśli byłoby to przykładowo 2 mln zł, to na konto sądu powód menedżer musi wpłacić 100 tys. zł. W przypadku wygranej pieniądze te zostałyby mu zwrócone, a koszty procesu poniósłby pozwany.

Okiem eksperta

Zakaz konkurencji w umowie

Spory sądowe między menedżerami a ich byłymi pracodawcami powstają także na tle regulacji dotyczących zakazu konkurencji. Według kodeksu pracy, strony mogą zastrzec, że pracownik nie będzie mógł prowadzić działalności konkurencyjnej wobec pracodawcy. Wspomniany zakaz może także dotyczyć okresu po ustaniu stosunku pracy. Zakaz ten stosuje się głównie wobec osób pełniących wysokie stanowiska w firmie, mających dostęp do ważnych informacji i posiadających wiedzę na temat firmy. Omawiane rozwiązanie z jednej strony daje pracodawcy korzyści związane z wymuszeniem lojalności ze strony pracownika, z drugiej natomiast gwarantuje pracownikowi odszkodowanie w wysokości co najmniej 25 proc. wynagrodzenia.

Michał Wysocki, radca prawny z kancelarii Wysocki i Partnerzy