W minionym tygodniu prezydent Bronisław Komorowski przedstawił pakiet reform, które mogłyby rozruszać polską demografię. Zaprezentował 44 działania, które – zdaniem prezydenta i wynajętych przez niego ekspertów – zachęciłyby Polaków do nieco śmielszej prokreacji. W pakiecie znalazły się m.in. zmiany w PIT (podniesie kwoty wolnej od podatku wraz z liczbą posiadanych dzieci), wprowadzenie karty dużej rodziny (z katalogiem zniżek, np. na edukację) czy program rozwoju tanich mieszkań na wynajem.
- Już od wielu lat jest źle i jest to ostatni moment, żeby podjąć skuteczne działania, póki jeszcze mogą pomyśleć o dziecku młode Polki, młodzi Polacy, dzieci mojego, powojennego wyżu demograficznego – apelował do rządu prezydent Komorowski.
Emeryci dzieciom
Program został ciepło przyjęty przez ekspertów, bo jest pierwszym tak szerokim programem polityki prorodzinnej w Polsce. Ponadto, ma jeszcze jeden plus – nie jest drogi. Według szacunków Kancelarii Prezydenta, wprowadzenie wszystkich tych reform kosztowałoby budżet państwa maksymalnie 4 mld zł rocznie. Ze znalezieniem tej kwoty nie powinno być problemu. Oto kilka pomysłów, gdzie szukać tej kwoty.
Można zacząć np. od przywilejów emerytalnych. Drzemią tu grube miliardy potencjalnych oszczędności, o wprowadzaniu sprawiedliwości społecznej nie wspominając. Ponadto, pod hasłem troski o los polskich dzieci może łatwiej byłoby przeprowadzić tę bolesną dla niektórych grup społecznych reformę.
Do emerytur górniczych, mundurowych i rolniczych reszta podatników dopłaci w 2013 r. ponad 38 mld zł – o tyle wyższe będą wypłacane tym grupom zawodowym świadczenia niż wpłacane składki. Zbilansowanie tych systemów emerytalnych jest niemożliwe, ale choćby zbliżenie ich do systemu powszechnego (ZUS-owskiego) przyniosłyby budżetowi oszczędności sięgające więcej niż potrzebne na program prorodzinny 4 mld zł.
Zapomniane miliardy
Poważnym źródłem potencjalnych oszczędności są też budżety tzw. świętych krów, czyli 14 instytucji państwowych, które same ustalają sobie poziom wydatków. Polskie państwo nie zawaliłoby się, gdyby z tych wartych 2,2 mld zł budżetów uszczknąć np. 10 proc., czyli przywrócić poziom wydatków sprzed kilku lat.
Być może skutecznym rozwiązaniem byłoby też wprowadzenie przez rząd programu, który zakładałby finansowanie pakietu prorodzinnego z odzyskiwanych zaległości podatkowych. Obecnie podatnicy zalegają fiskusowi z podatkami na astronomiczną kwotę 35,7 mld zł (bo odsetki od zaległości to tylko 13 proc. - dla wielu podatników to najtańszy kredyt na rynku). To suma, na której budżet państwa i tak już właściwie postawił krzyżyk. Nawet gdyby udało się zwiększyć ściągalność podatków o 1 mld zł rocznie, gwarantowałoby to sfinansowanie pakietu prorodzinnego w jednej czwartej. I wszystko w imię dobra naszych dzieci.
Łączna pula, wśród której minister finansów mógłby potencjalnie szukać pieniędzy na wsparcie zaproponowanych przez prezydenta reform, to więc 76 mld zł. Oczywiście, w całości tych wydatków nie da się przeznaczyć na dzietność. Ale jeśli rząd przyjąłby, że poprawa demografii to jego strategiczny cel, przycięcie tej kwoty o 5 proc. nie powinno być problemem.