Prezydent z... cegiełek i kredytu bankowego

Kazimierz Krupa
opublikowano: 2005-08-09 00:00

Uparcie lansujemy tezę, że polityka to biznes i mamy na jej potwierdzenie coraz więcej dowodów. Chociaż — polityka to biznes, ale oparty na jakichś dziwnych podstawach.

Otóż większość komitetów wyborczych kandydatów na prezydenta oraz ugrupowań politycznych zaciągnęła lub zamierza zaciągnąć kredyt na kampanię wyborczą. Nie będą się kredytować jedynie SLD (nawet to rozumiemy) oraz kandydatki na prezydenta Henryka Bochniarz i Maria Szyszkowska. Z całym szacunkiem dla obu pań, ale osiągnięcie przez nie 1-proc. poparcia wydaje się wielce problematyczne, więc można nie brać ich przypadków pod uwagę, ze względu na „małą społeczną szkodliwość czynu”. Jeżeli dodamy do tego, że Maria Szyszkowska na kampanię zamierza przeznaczyć 20 tys. złotych, to przyznają państwo, że trudno traktować to poważnie.

Tym bardziej że limit wydatków na kampanię prezydencką został ostatnio podwyższony i wynosi 13,8 mln złotych (do niedawna zamykał się w 12 mln złotych i do tej kwoty odnoszą się poszczególni kandydaci). Wykorzystanie limitu 12 mln złotych zakłada na przykład Donald Tusk i — jak poinformował szef jego sztabu — na taką kwotę został zaciągnięty kredyt. Pomijając już, jakie zabezpieczenia kredytu zostały przedstawione (bo sztab to przecież twór ulotny), to zastanówmy się, z czego ten kredyt może zostać spłacony. O ile bowiem partie uczestniczą w podziale łupów (za mandatami poselskimi idzie zwrot kosztów ich zdobycia — z naszych podatków oczywiście), o tyle zdobycie prezydenckiego fotela nie jest dodatkowo honorowane. Prezydent ma oczywiście wysoką pensję (około 25 tys. złotych miesięcznie), ale to nic w stosunku do poniesionych nakładów. Liczmy bowiem: 25 tys. złotych miesięcznie razy 5 lat (długość kadencji), daje to około 1,5 mln złotych. Prezydent wiele nie wydaje, żyje praktycznie na koszt podatników, ale to i tak nic nie pomoże — będzie mógł spłacić jedynie odsetki od 12 mln złotych kredytu (jak dobrze pójdzie). A gdzie kwota główna?

Podobne problemy dotykają innych kandydatów, którzy zaciągnęli lub zamierzają zaciągnąć kredyty w różnej wysokości. Zwycięzca jakoś sobie poradzi, bo przepisy dopuszczają wykupywanie „cegiełek” emitowanych przez kandydatów jeszcze przez trzy miesiące po wyborach (wydaje się, iż „cegiełki” prezydenta elekta rozchodziłyby się jak świeże bułeczki — kup pan cegłę — ale kto kupi „pustaki” przegranych?). A kredyt trzeba spłacić. No nic, to nie nasz problem, byleby tylko komornik, nasłany przez jakiś bank, nie chciał nam licytować Pałacu Prezydenckiego, siedziby prezydenta. Bo byłoby to mało śmieszne, a być może nawet i nieprzystojne. A może to jednak nasz problem?