Sprawa Służewca skończyła się kompromitacją
Zwrot aktu oskarżenia w sprawie wyścigów konnych to nie pierwsza wpadka prokuratury. Ministrowie z PO nic z tym nie robią.
Trzy i pół roku to dla prokuratury za mało, by przygotować akt oskarżenia w sprawie gospodarczej. Tego przynajmniej dowodzi przykład śledztwa dotyczącego wyścigów konnych na warszawskim Służewcu. Sąd właśnie zwrócił sprawę prokuraturze do poprawki. Zdecydowały głównie sprzeczności w opiniach biegłych, nad którymi śledczy przeszli do porządku dziennego.
To prestiżowa porażka prokuratury. Na ławie oskarżonych mieli usiąść: były poseł SLD i minister skarbu Wiesław Kaczmarek, jego zastępca, były prezes NFI Foksal Ireneusz Sitarski, prezes Totalizatora Sportowego w latach 2001-06 Mirosław Roguski, trzej dawni wysocy urzędnicy resortu skarbu oraz czterej byli szefowie ważnych spółek kontrolowanych przez państwo. Wszyscy oskarżeni o działanie na niekorzyść interesu publicznego i spółek skarbu państwa oraz wyrządzenie im szkód od 19 mln zł do ponad 47,5 mln zł.
Straty bez winnych
Zgodnie z przypuszczeniami "PB" nie usiądą. Przewidywali to chyba i sami prokuratorzy, bo o ile w 2007 r. chętnie informowali media o namierzeniu w resorcie skarbu "grupy przestępczej", która chciała niekorzystnie dla państwa sprywatyzować Służewiec, o tyle już aktem oskarżenia się nie chwalili. Nic dziwnego. Niezależny prawnik mówił nam, że "tak słabego i chaotycznego aktu oskarżenia jeszcze nie czytał". Mimo to prowadzący sprawę śledczy już po postawieniu zarzutów awansował z prokuratora rejonowego na okręgowego. Czy teraz poniesie jakieś konsekwencje? Nie wiadomo.
Jedno jest pewne: kolejne wielkie i kosztowne (około 0,5 mln zł) śledztwo gospodarcze kończy się kompromitacją prokuratury. A to oznacza, że za straty spółek skarbu państwa nadzorowanych przez urzędników resortu skarbu zapewne nie odpowie nikt.
Niebiegli biegli
Tak właśnie skończyły się afery w Totalizatorze Sportowym i PZU Życie, łączone z Władysławem Jamrożym i Grzegorzem Wieczerzakiem. W 2001 r. szefowie prokuratury i policji porównywali je z aferami FOZZ i Art-B, szacując na dziesiątki milionów złotych straty wyrządzone przez kontrowersyjnych lekarzy menedżerów. Potem sąd, jak w przypadku Służewca, zwracał sprawy do poprawki prokuraturze, a ta ostatecznie wywieszała białą flagę, po cichu umarzając najważniejsze wątki postępowań. Decydowały szkolne błędy, popełniane na początku śledztw i nieprawidłowości w pracy powołanych przez prokuraturę biegłych.
Równie źle jest w walce z przestępczością na rynku kapitałowym. Choć wszystkim manipulującym kursami akcji na GPW grożą grzywny do 5 mln zł i nawet pięć lat więzienia, to oszuści wciąż dostają niskie kary, a najczęściej w ogóle unikają odpowiedzialności. Dość powiedzieć, że z czterech zawiadomień kierowanych do prokuratury przez Komisję Nadzoru Finansowego średnio tylko jedno kończy się wyrokiem. Powód? Choćby to, że w większości spraw giełdowych prokuratura zasięga opinii u tylko dwóch biegłych!
Status quo
Remedium PO na kiepskie wyniki w walce z przestępczością gospodarczą miał być Instytut Ekspertyz Ekonomiczno-Finansowych, którego utworzenie w połowie 2008 r. zapowiedział w "Parkiecie" Zbigniew Ćwiąkalski. Zgodnie z planem ówczesnego ministra sprawiedliwości instytut miał zatrudnić najlepszych specjalistów od giełdy, finansów i gospodarki i stać się zapleczem analitycznym i eksperckim dla prokuratur oraz sądów. Tyle że jego następca Andrzej Czuma już nie widzi konieczności tworzenia instytutu.
— Zamiast tego będziemy rozwijać program szkoleń dla prokuratorów i sędziów, poświęconych tematyce ekonomiczno-finansowej — mówi Katarzyna Szeska, rzecznik prasowy szefa resortu sprawiedliwości.
Czyli powtarza to, co już wielokrotnie słyszeliśmy z ust jej poprzedników.
Dawid
Tokarz