Protekcjonizm rolny UE pod presją zagranicy

Stanisław Albinowski
opublikowano: 2002-03-01 00:00

Europejska Wspólnota Gospodarcza została utworzona w 1957 roku jako ugrupowanie protekcjonistyczne wobec własnych producentów i dyskryminujące konkurencję zewnętrzną. Szczególne miejsce zajęło tu rolnictwo — ze względu na dążenie do osiągnięcia przez Wspólny Rynek samowystarczalności żywnościowej. Ponieważ w Europie kontynentalnej produkcja rolnicza była (i jest) droższa niż w USA oraz w Australii i Nowej Zelandii, zbudowano (wiele razy zmienianą) skomplikowaną konstrukcję opłat, ceł i dotacji. Zasad Wspólnej Polityki Rolnej (WPR) nie sposób tu opisać choćby w telegraficznym skrócie.

Trzeba natomiast spojrzeć na efekty tej polityki. Można je sprowadzić do trzech punktów:

- osiągnięcie z nadwyżką samowystarczalności żywnościowej oraz stabilizacji finansowej większości gospodarstw rolnych;

- koszt tej polityki wyraża się w ostatnim latach kwotą około 41 mld euro, co obecnie stanowi połowę budżetu Unii Europejskiej; polityka ta budzi konflikty wewnątrz UE, gdyż głównymi płatnikami netto są tu Niemcy, Francja, Holandia i Wielka Brytania;

- WPR wywołuje coraz silniejsze sprzeciwy ze strony światowych eksporterów produktów rolniczych oraz Światowej Organizacji Handlu.

A teraz kilka uwag na marginesie trudności naszych negocjacji akcesyjnych. Unia posiada nadwyżki produktów rolniczych, których upłynnienie na rynku światowym drogo kosztuje. Z tego punktu widzenia nasza produkcja jest dla UE balastem. Także finansowym, choćby w wysokości tych częściowych dopłat bezpośrednich. W sumie ma to być prawie 5 mld euro w ciągu trzech lat, a takiej kwoty nikt nie bagatelizuje. Unijni zaś beneficjenci WPR (np. Hiszpania czy Irlandia) nie mogą nie widzieć w nas konkurenta do wspólnej kasy, zwłaszcza gdy kasa się kurczy.

Jednym z wyznaczników pozycji przetargowej jest wielkość potencjału. W myśl danych OECD, unijna produkcja rolnicza jest większa od naszej 12 razy (170 i 14 mld USD). Decydujące znaczenie ma tu jednak produktywność. Otóż na rolnictwo przypada u nas 27 proc. pracujących zawodowo, w Unii natomiast — tylko 4,3 proc. Wartość produkcji na jednego zatrudnionego w rolnictwie wynosi w Polsce 3,3 tys. USD, zaś w UE — 24 tys. USD, czyli ponad 7 razy więcej!

Pełne dopłaty bezpośrednie mogłyby poprawić dochodowość np. upraw zbożowych maksymalnie o 60 proc., co oczywiście oznacza przyrost ogromny, świadczący o rozmiarach subwencjonowania przez Brukselę unijnej produkcji zbożowej. Równocześnie jednak te 60 proc. nie stoją w żadnej proporcji do 7-krotnej różnicy wydajności. Tu warto zauważyć, że według OECD Agricultural Outlook 2001, cena polskiej pszenicy w roku 2000 była wyższa nie tylko od amerykańskiej (o 25 proc.), ale i od unijnej. A więc zasadniczy problem tkwi nie w cenie produktu, lecz w fatalnej strukturze naszego rolnictwa. Żadne dopłaty nie mogą odczuwalnie zmniejszyć istniejących dysproporcji dochodowych, wynikających głównie z rozproszenia gospodarstw i przeludnienia wsi.

Tego zdają się nie uwzględniać również niektórzy eksperci. „Puls Biznesu” z 22 lutego w artykule „Polska bez dopłat dla rolnictwa...” cytuje poglądy „części specjalistów” — jak można się domyślać — z Instytutu Ekonomiki Rolnictwa i Gospodarki Żywnościowej, że dla Polski „o wiele korzystniejsza byłaby rezygnacja Unii z polityki dopłat”, gdyż wtedy różnice „warunków konkurencji między obecnymi a przyszłymi członkami UE nie byłyby tak duże jak te, które obecnie proponuje nam Bruksela”. W dającej się przewidzieć przyszłości jest to oczywiście tylko pobożne życzenie, które nie powinno w żadnej mierze przesłaniać aktualnych realiów.

Aż 38 proc. dochodów rolnictwa w UE stanowią subwencje (diagram poniżej), a połowa z nich jeszcze w latach 1998-2000 — w myśl klasyfikacji OECD — wypaczała handel bardzo silnie („Most trade-distorting form of support”). W latach 1986-88 udział tych „bardzo wypaczających” subwencji wynosił nawet 90 proc. Negatywny wpływ WPR na międzynarodowe stosunki gospodarcze polega także na tym, że każdy akt protekcjonizmu uruchamia reakcje łańcuchowe.

Wielkości przeciętne nie dają oczywiście pełnego wyobrażenia o skali protekcjonizmu rolnego w Unii Europejskiej. Dane powyższej tabeli ukazują dwa zjawiska. Po pierwsze — stopień ochrony poszczególnych produktów, obliczony jako procent ceny światowej. Po drugie — społeczny koszt ochrony każdego z wymienionych produktów, obliczony jako suma strat poniesionych przez konsumentów i podatników w krajach członkowskich UE. Polityka protekcjonistyczna Brukseli obejmuje też wyroby przemysłowe, ale choćby same subwencje rolnicze świadczą, że tylko bogate społeczeństwa mogą wydawać tak ogromne kwoty na ochronę własnego rynku przed zagraniczną konkurencją.

Coraz większe sprzeciwy narastają też w samej Unii — zarówno ze strony płatników netto, jak i tej części rolników, którzy czują się zagrożeni już dokonanymi obniżkami cen gwarantowanych i zapowiadanymi redukcjami subwencji. „Polityka agrarna UE jest krańcowym przykładem politycznego fiaska” — takim wnioskiem zakończył swą analizę berlińskiej „Agendy 2000” prof. Ulrich Koestler z uniwersytetu w Kilonii („Wirtschaftsdienst” 1999, nr X). Do niedawnych ustępstw na rzecz liberalizacji doszło tylko pod presją zagranicy. Rzeczywisty postęp na tej drodze, dodaje prof. Koestler, może dokonać się dopiero po przeprowadzeniu zasadniczej reformy instytucjonalnej w naczelnych strukturach UE. Właśnie o tym ma przez rok radzić Konwent Konstytucyjny Unii Europejskiej.