Ojcowie IV Rzeczypospolitej reagują na wzbierającą falę roszczeń płacowych z nieukrywanym zaskoczeniem. Z trudem przyjmują do wiadomości, że ich mityczna kraina powszechnej szczęśliwości nie jest wolna od napięć społecznych. A tu szydło wychodzi z wora lustracji i odsłania przyziemne problemy finansowe zwykłych ludzi.
Postulaty płacowe są w Polsce zjawiskiem tak ponad- ustrojowym jak reakcja na nie kolejnych ekip rządzących. Premier Jarosław Kaczyński stwierdził wczoraj, że „żaden odpowiedzialny rząd nie może reagować inaczej niż my reagujemy”, „a my w tym roku nie jesteśmy w stanie nawet przy najlepszej woli podnosić płac”. Ma konkretne wyliczenia, ale protestujący wierzą jego słowom dokładnie tak, jak w sierpniu 1980 r. strajkujący stoczniowcy ufali premierowi Edwardowi Babiuchowi, wygłaszającemu ze strachem w oczach telewizyjną mowę o „harmonizacji gospodarki”.
Jeszcze jednym łącznikiem między dawnymi a nowymi czasy, dzięki któremu IV RP symbolicznie podaje rękę PRL, jest diagnoza stawiana przez władzę. Otóż kolejne ekipy powtarzają tezę, że na zrozumiałym proteście klasy robotniczej (dzisiaj postrzeganej bardziej branżowo — lekarskiej, nauczycielskiej, kolejarskiej etc.) żerują wszelkiej maści podżegacze. Według najnowszej wersji Prawa i Sprawiedliwości, odpowiedzialność za obecne zerwanie spokoju społecznego ponosi… niespotykanie agresywna opozycja. Tymczasem jest to sygnał ostrzegawczy, że formuła rządzenia Polską przez lustracyjny chaos się wyczerpuje.
Jacek Zalewski