Rio de Janeiro organizację rozpoczynających się dzisiaj wieczorem Igrzysk XXXI Olimpiady zdobyło na sesji Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego (MKOl) w 2009 r. w Kopenhadze. Pierwsza stolica (1822–1960) Brazylii pokonała w ostatniej turze tajnego głosowania 66:32 Madryt, wcześniej eliminując Tokio i Chicago. Japończycy wywalczyli następne igrzyska w 2020 r., natomiast Amerykanie kopenhaską porażkę do tej pory wspominają jako policzek. Zwłaszcza Barack Obama, który na sesji MKOl osobiście promował ukochane miasto, a był to przecież triumfalny początek jego prezydentury. Do umysłów, bo akurat w tym wypadku raczej nie do kies, olimpijskiej arystokracji lepiej trafił jednak charyzmatyczny prezydent Luiz Inácio Lula da Silva. A tak realnie MKOl chodziło o zapełnienie przedostatniej białej plamy kontynentalnej i wypróbowanie możliwości Ameryki Południowej. Ostatnią pozostaje czarna Afryka.
Okoliczności przyznania igrzysk równie boskiemu co grzesznemu Rio wspominam nieprzypadkowo. Nastąpiło to rok po wybuchu 15 września 2008 r. globalnego kryzysu finansowego, który rozpętali Amerykanie, a konkretnie ich banki. Brazylia nie była tak skażona toksycznymi instrumentami finansowymi i otrząsnęła się znacznie szybciej niż USA. Pod rządami Luli trwał gospodarczy cud, 205-milionowa Brazylia była silnym członkiem G20, a także kwartetu BRIC (Brazylia, Rosja, Indie, Chiny) — obecnie BRICS po dołączeniu RPA — czyli bezpośredniego zaplecza liderów z G7. Postrzegana była jako regionalny kolos nie tylko w kategoriach powierzchni i ludności, lecz bardzo rozwojowej gospodarki.
W dniu otwarcia igrzysk rzeczywistość federalnego państwa jest kompletnie inna. Obecnie Rio de Janeiro nie miałoby w oczach MKOl żadnych szans, ale raczej samo wycofałoby kandydaturę. Zamiast cudu panuje kryzys, brazylijska gospodarka liczona rok do roku zwija się w tempie prawie 4 proc. Na dodatek skandale korupcyjne na szczytach państwa praktycznie sparaliżowały władzefederalne i wiele stanowych. Igrzysk nie doczekała odsunięta w maju w trybie impeachmentu prezydent Dilma Rousseff, której nie zarzucono korupcji, ale jedynie oszukańcze przedstawianie stanu państwa w kampanii wyborczej. Paradoksalnie umoczony korupcyjnie jej natomiast jest tymczasowy następca Michel Temer, który dzisiaj wypowie na Maracanie formułę otwarcia Igrzysk XXXI Olimpiady. Nawet trudno się dziwić, że Pele — obstawiany jako pewniak do zapalenia znicza — kryguje się i nie potwierdza…
Igrzyska oczywiście się odbędą, mimo korków, brudu, zarazków etc. Fawele, w których na górskich zboczach żyje 4 mln najbiedniejszych mieszkańców Rio, zostały od miasta „asfaltowego” wokół plaży Copacabana po prostu odgrodzone. Organizacja kosztuje około 20 mld USD, co dla ogromnego państwa jest do łyknięcia, chociaż z wielkim trudem. Brazylię może spotkać los Grecji, której finanse publiczne nigdy nie podźwignęły się po ateńskich igrzyskach w 2004 r. Ciekawe, jak wyjdzie na olimpiadzie dość specyficzny biznes. Przed decyzyjną sesją w 2009 r. gangi w Rio gwałtownie przytłumiły przestępczość, aby złe wieści nie wystraszyły MKOl. Naturalną utratę zysków potraktowały jako koszty uzyskania przychodu odłożonego w czasie — do sierpnia 2016…