Jeśli wierzyć danym statystycznym, ostatnie 25 lat było okresem cywilizacyjnego skoku w poziomie życia Polaków. Kiedy ćwierć wieku temu szliśmy na pierwsze wolne wybory, PKB na mieszkańca Polski wynosił 6,2 tys. USD rocznie. Obecnie już 22,2 tys. USD, czyli średnia zamożność polskich rodzin wzrosła prawie czterokrotnie. Czy uda nam się powtórzyć ten sukces w kolejnych 25 latach? Prognozowanie konkretnych liczb w tak dalekiej perspektywie to zadanie dla ekonomicznych samobójców, ale to nie znaczy, że o przyszłości gospodarki nie wiemy zupełnie nic. Jest kilka spraw, co do których możemy być właściwie pewni — np. że polskie społeczeństwo będzie się starzeć, a inne są bardzo prawdopodobne — choćby to, że polski eksport będzie coraz mniej konkurencyjny cenowo, bo rosnąć będą koszty pracy.

Od tego, jak polski rząd, przedsiębiorcy i zwykli obywatele zareagują na te wyzwania, zależy, czy wzrost gospodarczy w Polsce utrzyma się w okolicy 3-4 proc. średniorocznie, czy spowolni do 1 proc. Różnica między tymi liczbami jest kolosalna. Jeśli utrzymamy tempo rozwoju, za ćwierć wieku mamy szansę żyć na poziomie obecnej Norwegii (z PKB 59 tys. USD na mieszkańca) i bardzo mocno zbliżyć się pod względem zamożności do Niemiec i średniej krajów zachodnich. Jeśli jednak dynamika PKB wyhamuje do 1 proc., postęp będzie bardzo niewielki. Za ćwierć wieku będziemy żyć na poziomie obecnej Hiszpanii i przestaniemy doganiać średnią unijną. Co więcej, zacofanie w stosunku do Niemiec może być nawet większe, niż jest. A oto, jak najbliższe 25 lat widzą zapytani przez nas ekonomiści.
Demografia zmusi nas do spowolnienia
[JAKUB BOROWSKI, główny ekonomista Credit Agricole]
W perspektywie najbliższych 25 lat Polsce trudno będzie utrzymać wzrost gospodarczy na poziomie 3-4 proc. rocznie. W najbliższych latach mamy na to szansę dzięki funduszom unijnym, ale po 2020 r., kiedy skończą się pieniądze z obecnej perspektywy finansowej UE, dynamika PKB wyraźnie spowolni. Za dobry wynik trzeba będzie uznać około 2 proc. wzrostu rocznie, bo pozwoli nam choć trochę zmniejszać zapóźnienie do krajów zachodnich. Dlaczego jesteśmy skazani na takie wyhamowanie rozwoju? Głównym powodem jest demografia. Według prognoz Eurostatu, do 2040 r. liczba osób w wieku produkcyjnym w Polsce zmniejszy się o 4,3 mln, czyli ubędzie nam 15 proc. rąk do pracy, a jednocześnie przybędzie osób w wieku produkcyjnym, których trzeba będzie utrzymać. Starzenie się społeczeństwa będzie obniżać polską produkcję, osłabiać popyt konsumpcyjny i inwestycyjny oraz ograniczać napływ zagranicznych inwestycji. W dodatku polska gospodarka, aby rosnąć, będzie potrzebowała wzrostu innowacyjności, bo na taniej sile roboczej nie będziemy w stanie doganiać Europy. Czy coś możemy na to poradzić? Tak. Sądzę, że rząd będzie zmuszony do aktywnej walki ze skutkami demografii: do kolejnego wydłużenia wieku emerytalnego, wprowadzenia odważnej polityki prorodzinnej, np. obowiązkowego urlopu ojcowskiego, oraz rozluźnienia polityki migracyjnej wobec Ukraińców, Białorusinów oraz Kazachów polskiego pochodzenia. Szansę na wzrost innowacyjności daje natomiast obecne rozdanie funduszy unijnych. Pobudzenie badań i rozwoju jest ważną częścią tego systemu i miejmy nadzieję, że ten cel zostanie zrealizowany. A jeśli się nie uda? Wtedy nawet 2-procentowy wzrost może być poza naszym zasięgiem, a to oznaczałoby, że przestaniemy doganiać średnią unijną, Niemcy będą nam wręcz uciekać, bo ich gospodarka jest bardzo innowacyjna i ma świetne perspektywy. Jestem jednak optymistą i wierzę, że ten scenariusz się nie zrealizuje.
Rośnie innowacyjność i zagraniczne inwestycje
[DARIUSZ FILAR, ekonomista Uniwersytetu Gdańskiego]
Polsce w najbliższych 25 latach raczej nie uda się rosnąć w średnim tempie 4 proc. rocznie, ale wynik w przedziale 3-4 proc. jest w naszym zasięgu. Jestem w tej kwestii optymistą, bo obserwuję w polskiej gospodarce dwa bardzo obiecujące procesy. Po pierwsze, polskie firmy stają się coraz bardziej innowacyjne, czyli coraz więcej przedsiębiorstw wprowadza własne, autorskie technologie, zamiast importować je z zagranicy. Sukcesy takich firm, jak Pesa, Solaris czy Stocznia Remontowa, biorą się stąd, że przedsiębiorstwa te mają własne zaplecze projektowe, czyli same tworzą, a nie tylko przetwarzają rozwiązania technologiczne. Po drugie, coraz więcej polskich firm wychodzi za granicę, w dodatku nie tylko po ty, by zwiększać swój eksport, ale też by budować tam swoje struktury. Przykładem jest np. ostatnie wejście PZU do krajów bałtyckich, gdzie firma stała się głównym graczem na rynku. Podobną ekspansję prowadzą też firmy z innych sektorów. Te dwa procesy — wzrost innowacyjności i zagraniczne inwestycje polskich podmiotów — w ostatnich latach przybrały na sile i sądzę, że nic ich już nie powstrzyma. Nasze firmy po prostu dorastają już do tej roli, by raczej eksportować kapitał i technologie, niż kopiować je od zagranicznych konkurentów.
Gospodarka stoi przed próbą pułapki średniego dochodu
[RAFAŁ ANTCZAK, wiceprezes Deloitte]
Najbliższe ćwierć wieku będzie trudniejsze niż mijające. Po 1989 r. mieliśmy tzw. rentę zapóźnienia, czyli łatwo było uwalniać proste rezerwy, np. redukować przerost zatrudnienia czy wpuszczać do kraju zagraniczny kapitał, który skokowo poprawiał wydajność gospodarki. Teraz, kiedy tych rezerw wiele już nie zostało, znacznie trudniej jest wykrzesać dynamiczny wzrost gospodarczy. Ten sam problem przeżywało wiele krajów — szybko wychodziły z biedy, ale później trudno im było awansować do najwyższej ligi, czyli do kategorii państw zamożnych. To tzw. pułapka średniego dochodu — w pewnym momencie gospodarka traci impet i grzęźnie na lata jako „średniak”. Właśnie przed podobną próbą stoi Polska. Co zrobić, byśmy jednak w tę pułapkę nie wpadli? Kluczem jest naprawienie sektora publicznego, prywatnych firm bym się nie czepiał, bo one radzą sobie naprawdę dobrze. Gdyby Polsce udało się ograniczyć biurokrację, poprawić jakość i wydajność usług publicznych — byłby to potężny impuls rozwojowy dla gospodarki, bo usunęlibyśmy bariery dla firm i poprawilibyśmy sytuację w finansach publicznych. Dzięki temu spadłyby także obciążenia podatkowe w gospodarce. Będziemy wtedy rosnąć w tempie minimum 3,5 proc. rocznie, czyli dalej zmniejszalibyśmy zapóźnienie do krajów zachodnich. To będzie jednak bardzo trudne. Ostatnie 25 lat pokazały, że politycy nie chcą i nie potrafią reformować sektora publicznego.
Demografia zmusi nas do spowolnienia
[JAKUB BOROWSKI, główny ekonomista Credit Agricole]
W perspektywie najbliższych 25 lat Polsce trudno będzie utrzymać wzrost gospodarczy na poziomie 3-4 proc. rocznie. W najbliższych latach mamy na to szansę dzięki funduszom unijnym, ale po 2020 r., kiedy skończą się pieniądze z obecnej perspektywy finansowej UE, dynamika PKB wyraźnie spowolni. Za dobry wynik trzeba będzie uznać około 2 proc. wzrostu rocznie, bo pozwoli nam choć trochę zmniejszać zapóźnienie do krajów zachodnich. Dlaczego jesteśmy skazani na takie wyhamowanie rozwoju? Głównym powodem jest demografia. Według prognoz Eurostatu, do 2040 r. liczba osób w wieku produkcyjnym w Polsce zmniejszy się o 4,3 mln, czyli ubędzie nam 15 proc. rąk do pracy, a jednocześnie przybędzie osób w wieku produkcyjnym, których trzeba będzie utrzymać. Starzenie się społeczeństwa będzie obniżać polską produkcję, osłabiać popyt konsumpcyjny i inwestycyjny oraz ograniczać napływ zagranicznych inwestycji. W dodatku polska gospodarka, aby rosnąć, będzie potrzebowała wzrostu innowacyjności, bo na taniej sile roboczej nie będziemy w stanie doganiać Europy. Czy coś możemy na to poradzić? Tak. Sądzę, że rząd będzie zmuszony do aktywnej walki ze skutkami demografii: do kolejnego wydłużenia wieku emerytalnego, wprowadzenia odważnej polityki prorodzinnej, np. obowiązkowego urlopu ojcowskiego, oraz rozluźnienia polityki migracyjnej wobec Ukraińców, Białorusinów oraz Kazachów polskiego pochodzenia. Szansę na wzrost innowacyjności daje natomiast obecne rozdanie funduszy unijnych. Pobudzenie badań i rozwoju jest ważną częścią tego systemu i miejmy nadzieję, że ten cel zostanie zrealizowany. A jeśli się nie uda? Wtedy nawet 2-procentowy wzrost może być poza naszym zasięgiem, a to oznaczałoby, że przestaniemy doganiać średnią unijną, Niemcy będą nam wręcz uciekać, bo ich gospodarka jest bardzo innowacyjna i ma świetne perspektywy. Jestem jednak optymistą i wierzę, że ten scenariusz się nie zrealizuje.
Rośnie innowacyjność i zagraniczne inwestycje
[DARIUSZ FILAR, ekonomista Uniwersytetu Gdańskiego]
Polsce w najbliższych 25 latach raczej nie uda się rosnąć w średnim tempie 4 proc. rocznie, ale wynik w przedziale 3-4 proc. jest w naszym zasięgu. Jestem w tej kwestii optymistą, bo obserwuję w polskiej gospodarce dwa bardzo obiecujące procesy. Po pierwsze, polskie firmy stają się coraz bardziej innowacyjne, czyli coraz więcej przedsiębiorstw wprowadza własne, autorskie technologie, zamiast importować je z zagranicy. Sukcesy takich firm, jak Pesa, Solaris czy Stocznia Remontowa, biorą się stąd, że przedsiębiorstwa te mają własne zaplecze projektowe, czyli same tworzą, a nie tylko przetwarzają rozwiązania technologiczne. Po drugie, coraz więcej polskich firm wychodzi za granicę, w dodatku nie tylko po ty, by zwiększać swój eksport, ale też by budować tam swoje struktury. Przykładem jest np. ostatnie wejście PZU do krajów bałtyckich, gdzie firma stała się głównym graczem na rynku. Podobną ekspansję prowadzą też firmy z innych sektorów. Te dwa procesy — wzrost innowacyjności i zagraniczne inwestycje polskich podmiotów — w ostatnich latach przybrały na sile i sądzę, że nic ich już nie powstrzyma. Nasze firmy po prostu dorastają już do tej roli, by raczej eksportować kapitał i technologie, niż kopiować je od zagranicznych konkurentów.
Gospodarka stoi przed próbą pułapki średniego dochodu
[RAFAŁ ANTCZAK, wiceprezes Deloitte]
Najbliższe ćwierć wieku będzie trudniejsze niż mijające. Po 1989 r. mieliśmy tzw. rentę zapóźnienia, czyli łatwo było uwalniać proste rezerwy, np. redukować przerost zatrudnienia czy wpuszczać do kraju zagraniczny kapitał, który skokowo poprawiał wydajność gospodarki. Teraz, kiedy tych rezerw wiele już nie zostało, znacznie trudniej jest wykrzesać dynamiczny wzrost gospodarczy. Ten sam problem przeżywało wiele krajów — szybko wychodziły z biedy, ale później trudno im było awansować do najwyższej ligi, czyli do kategorii państw zamożnych. To tzw. pułapka średniego dochodu — w pewnym momencie gospodarka traci impet i grzęźnie na lata jako „średniak”. Właśnie przed podobną próbą stoi Polska. Co zrobić, byśmy jednak w tę pułapkę nie wpadli? Kluczem jest naprawienie sektora publicznego, prywatnych firm bym się nie czepiał, bo one radzą sobie naprawdę dobrze. Gdyby Polsce udało się ograniczyć biurokrację, poprawić jakość i wydajność usług publicznych — byłby to potężny impuls rozwojowy dla gospodarki, bo usunęlibyśmy bariery dla firm i poprawilibyśmy sytuację w finansach publicznych. Dzięki temu spadłyby także obciążenia podatkowe w gospodarce. Będziemy wtedy rosnąć w tempie minimum 3,5 proc. rocznie, czyli dalej zmniejszalibyśmy zapóźnienie do krajów zachodnich. To będzie jednak bardzo trudne. Ostatnie 25 lat pokazały, że politycy nie chcą i nie potrafią reformować sektora publicznego.