Przedsiębiorcy, czas na ofensywę

Mira Wszelaka
opublikowano: 2003-05-30 00:00

Jacek Saryusz-Wolski, przewodniczący Centrum Europejskiego Natolin, były szef Urzędu Komitetu Integracji Europejskiej, nie ma wątpliwości, że przedsiębiorcy są tą grupą, która ma szansę najbardziej zyskać na członkostwie Polski w Unii. Nie mogą jednak siedzieć bezczynnie.

„Puls Biznesu”: Część przedsiębiorców obawia się przystąpienia Polski do Unii. Czy słusznie?

Jacek Saryusz-Wolski, Centrum Europejskie Natolin: Przedsiębiorcy nie powinni obawiać się integracji z Unią. Summa summarum polepszą się ich warunki działania. Z badań, które przeprowadziliśmy, wynika, że to właśnie przedsiębiorcy i samorządy relatywnie więcej zyskają na wejściu do UE niż np. budżet centralny. Obawiać powinni się ci, którzy zaniedbują przygotowania. Niezależnie od tego, że między nami a Unią nie będzie ceł i innych barier, to członkostwo w dłuższym okresie będzie oznaczało ostrzejszą konkurencję. Jeżeli ktoś nie przygotuje odpowiednich strategii produktowych, handlowych, inwestycyjnych, finansowych, marketingowych itp., będzie miał większe problemy.

Jak ocenia Pan bilans korzyści i kosztów, jakie poniosą przedsiębiorcy w związku z integracją?

— Bilans jest pozytywny. Nie oznacza to, że nie będzie kosztów. Będą, bo żeby sprostać konkurencji, wiele przedsiębiorstw będzie musiało dążyć do poprawienia rentowności, obniżenia kosztów, racjonalizacji produkcji, zwiększenia wydajności, większej elastyczności wobec warunków rynkowych, podniesienia jakości, a nie konkurowania tylko ceną. Z naszych badań wynika, że sektor przedsiębiorstw wygra w tej grze o pieniądze. Członkostwo będzie bowiem oznaczało przesunięcia pewnych strumieni finansowych. Jedni będą relatywnie bardziej na tym korzystali, inni mniej. Wiele możliwości wsparcia dla przedsiębiorstw kryją europejskie fundusze zarówno regionalny, jak i socjalny, a pośrednio także VI badawczy program ramowy. Czyli krótko: koszty — tak, korzyści też, bilans — pozytywny.

Czy Unia Europejska oznacza dla przedsiębiorców biurokrację i gąszcz regulacji czy liberalny rynek pozwalający swobodnie prowadzić działalność gospodarczą?

— Ani jedno, ani drugie. To są zbyt skrajne porównania. Nie sądzę, aby biurokracja wzrosła w porównaniu z tym, co mamy obecnie, a w niektórych dziedzinach może być jej mniej. Pamiętajmy jednak, że w większości obszarów dotyczących przedsiębiorstw, obowiązują regulacje krajowe.

Liberalny rynek — tak, choć jest on na razie celem. Unia sukcesywnie dereguluje jednolity rynek, obniżając lub wręcz likwidując bariery. Dotyczy to wielu sektorów, od telekomunikacji po energetykę. To powinna być dobra wiadomość dla przedsiębiorców.

W jakim stopniu integracja z Unią pozwoli krajowym politykom mocniej walczyć o interesy polskich przedsiębiorców?

— Na pewno powstaną takie możliwości. Do momentu przystąpienia do Unii przekładaliśmy na język prawa krajowego reguły dotyczące przedsiębiorstw, nie mając na nie wpływu. Członkostwo w Unii oznacza, że nie będziemy tylko odbiorcami tego prawa, ale również współautorami. Polska będzie mogła w interesie przedsiębiorców, poprzez różne kanały i instytucje Unii, wpływać na rozwiązania dla nich niekorzystne, albo takie, których będą się domagać.

Jak poruszać się na rynku UE? Co radzi Pan przedsiębiorcom jeszcze przed akcesją?

— Jednym słowem powiedziałbym: żwawo! A generalnie biorąc, to przedsiębiorcy powinni spojrzeć na siebie samych nie w kontekście polskich kilkudziesięciu milionów konsumentów, ale z perspektywy rozszerzonej Unii i do tego dostosować swoje zachowania rynkowe, o których już wspomniałem. Dlatego radziłbym przyjąć postawę bardziej ofensywną niż defensywną.