Przejęcia nie są potrzebne

Paulina Sztajnert
opublikowano: 2005-04-22 00:00

OFE Sampo liczy na minimum 7-proc. udział w rynku emerytalnym. Nie zamierza jednak przejmować konkurentów.

Otwarty Fundusz Emerytalny (OFE) Sampo, piąty gracz na rynku, ma apetyt na znaczne zwiększenie udziału w rynku — nawet o połowę w ciągu najbliższych lat.

— Docelowo, czyli za niecałe pięć lat, chcemy mieć około 7 proc. rynku, biorąc pod uwagę liczbę członków — zapewnia Aleksander Romanowski, prezes PTE Sampo, właściciela OFE.

Plan może się powieść. W ubiegłym roku towarzystwo zwiększyło udziały z 4,4 do 5,2 proc. Nie powinno to jednak dziwić — było najagresywniejszym graczem na rynku transferów. Jak zapewnia prezes, nie jest to tylko chwilowe „zauroczenie” klientów.

— Przyglądamy się dokładnie portfelowi klientów. Nie widzimy zagrożenia, aby miał on być narażony na masowe odejścia. Wydaje mi się, że olbrzymią zachętą są dobre wyniki OFE. A to one — wbrew powszechnemu przekonaniu, że klienci nie zwracają na nie uwagi, lecz podążają za głosem agenta — mają kluczowe znaczenie przy wyborze OFE — mówi prezes.

Jakość, a nie ilość

Na tym polu OFE Sampo rzeczywiście nie ma się czego wstydzić. Biorąc pod uwagę wyniki od początku działalności funduszy, Sampo klasyfikuje się na trzecim miejscu ze 111,8-proc. stopą zwrotu.

— Ostatnio mieliśmy mały spadek pozyskiwanej liczby klientów, ale to kontrolowane działanie. Po dwóch latach współpracy z agencjami zweryfikowaliśmy jakość ich pracy i z niektórymi rozwiązaliśmy umowy. Zmieniliśmy też kryteria wypłaty prowizji, aby agenci koncentrowali się bardziej na jakości klientów, a nie na ich liczbie — wyjaśnia prezes.

Mimo to planowany wzrost ma być osiągnięty tylko i wyłącznie drogą organiczną.

— Przekraczamy cele sprzedażowe. W ubiegłym roku pozyskaliśmy 126 tys. klientów. Z tego co wiem, nasi akcjonariusze zamierzają się koncentrować na wzroście organicznym — mówi Aleksander Romanowski.

Fazy konsolidacji

Niewykluczone, że jeśli pojawi się oferta akwizycji, to z niej skorzystają. A tych nie powinno zabraknąć.

— Za pięć lat na rynku zostanie nie więcej niż dziesięć funduszy. Żeby biznes był opłacalny, trzeba mieć około 500 tys. członków. Sporo funduszy tego kryterium nie spełnia i będą one celem pierwszej fazy konsolidacji. Potem może być druga. Od dawna drepczą wokół naszego rynku zupełnie nowi gracze, którzy mają odpowiednie środki i czekają na zakończenie pierwszej fazy konsolidacji, ponieważ zbyt małych biznesów nie opłaca się im kupować — uważa prezes.

Dobrym przykładem może być chociażby francuska Axa, która już kilkakrotnie próbowała wejść na nasz rynek. Na razie bezskutecznie.