Giełdy akcji skazane są w tym tygodniu na zwyżkę, ale bardzo dużo zależy od danych makro i zachowania rynku ropy.
Z Ameryki
Kończy się sierpień i na razie byki nie mogą być z niego zadowolone. Kolejny raz może się okazać, że w tym roku historyczne zależności nie obowiązują. A przecież sierpnie w historii giełd zapisały się złotymi zgłoskami. To wrzesień miał być słaby. Skoro jednak w tym roku wszystko jest na odwrót, to może właśnie nadchodzący miesiąc przyniesie sukcesy posiadaczom akcji?
W minionym tygodniu cena ropy pobiła kolejny rekord. Tym razem gracze go nie lekceważyli. Przyjdzie czas, że będą się wzrostem cen baryłki przejmować jeszcze mocniej. Dane makro były bardzo zróżnicowane i nie pokazały jasnego obrazu sytuacji. Niepokoi przede wszystkim to, że lipcowe zamówienia na dobra trwałego użytku spadły w USA aż o 4,9 proc. Co gorsza, bez środków transportu też spadły - o 3,2 proc. Inwestorzy uznali, że dane te wpłyną na obniżkę rynkowych stóp procentowych, co pomoże gospodarce, ale chyba zapomnieli, że kłopoty pojawiły się już przy obecnym poziomie stóp, a o ich obniżce przecież nikt nie wspomina. Poza tym spadek zamówień na dobra trwałego użytku oznacza zazwyczaj pojawienie się problemów z inwestycjami, a to sygnalizowałoby nadchodzące spowolnienie gospodarcze. Z jednego raportu nie można jeszcze takiego wniosku wyciągać, ale wystarczył, by wywołać wzrost kursu euro do dolara.
Sytuacja na rynku nieruchomości pozornie wygląda doskonale. Co prawda nieznacznie spadła sprzedaż domów na rynku wtórnym, ale ostro wzrosła sprzedaż nowych – znowu do rekordowego poziomu. Pojawiło się jednak poważne ostrzeżenie: średnia cena domu spadła trzeci miesiąc z rzędu i była najniższa od grudnia 2003 r. Jeśli na giełdzie kursy akcji spadają, a obrót rośnie, to najczęściej sygnalizuje zmianę trendu. Oczywiście nie da się tego przenieść wprost na rynek nieruchomości, ale można sobie wyobrazić, że spadek cen na rynku pierwotnym zachęca Amerykanów do kupowania kolejnych domów w nadziei na przyszły zarobek. Pół biedy, gdyby to była tylko tezauryzacja, bo kupujący nieruchomości ryzykowaliby tylko własne pieniądze. Spekulację wspierają jednak duże kredyty hipoteczne. Kłopoty zaczną się, kiedy trudno będzie dostać dobrą cenę za dom na rynku wtórnym, a stopy jeszcze mocniej wzrosną. Ale na razie do tego nie doszło.
W tym kontekście bardzo ciekawa była wypowiedź Alana Greenspana, szefa Fed, na sympozjum banku Rezerwy Federalnej w Kansas City. Stwierdził on, że wzrost wartości akcji i domów napędzany niskimi stopami procentowymi „może gwałtownie zniknąć” i zagrozić gospodarce. Skoncentrował się na rynku nieruchomości, twierdząc że powstaje na nim nierównowaga, która może się źle skończyć. Od dawna nie słyszałem Greenspana mówiącego tak otwarcie. Ciekawe, że jeszcze kilka tygodni temu wyraźnie bagatelizował sytuację na rynku nieruchomości. Widać doszedł do wniosku, że sprawy idą w złym kierunku i postanowił ostrzec inwestorów. Chyba trochę za późno… Nie ulega wątpliwości, że jeśli tak widzi sytuację, to do końca cyklu podwyżek stóp jest jeszcze daleko.
W tym tygodniu przypada koniec miesiąca, więc warto zwrócić uwagę na trzy czynniki. Po pierwsze, koniec miesiąca często wywołuje „window dressing”: fundusze starają się o lepszą wycenę swoich portfeli. Po drugie, na początku miesiąca napływają do nich świeże pieniądze. Te dwa czynniki pomagają bykom. Trzecim jest miesięczny raport z amerykańskiego rynku pracy, publikowany w pierwszy piątek miesiąca. Może on pomagać zarówno bykom, jak i niedźwiedziom - wszystko zależy od tego, czego się oczekuje. Ponieważ prognozy są optymistyczne, tym razem powinien pomagać dolarowi i bykom na giełdach akcji. Problem w tym, że na rynku pojawi się bardzo dużo danych makro: od indeksu zaufania konsumentów, protokołu z posiedzenia FOMC (komitetu sterującego polityką monetarną USA), danych o wzroście PKB w drugim kwartale aż po dane o wydatkach Amerykanów i indeks ISM opisujący sytuację w sektorze produkcyjnym.
Dane pokażą stan gospodarki, ale reakcje mogą być zaskakujące. Jeśli będą dobre, obligacje powinny stracić, akcje zyskać, a dolar… Teoretycznie powinien ruszyć w górę śladem rosnącej rentowności obligacji, ale przecież równie dobrze może się okazać, że kapitały wycofywane z rynku obligacji go przecenią. Doprawdy, zachowanie dolara będzie w tym tygodniu zagadką, szczególnie że analiza techniczna nie daje jednoznacznych sygnałów. Od czterech lat we wrześniu euro zyskiwało, więc nastawiłbym się i tym razem na taki kierunek zmian. Na rynku walutowym, w odróżnieniu od rynku akcji, historyczne zależności sprawdzają się w tym roku. Giełdy akcji z powodu opisanych wyżej czynników, skazane są w tym tygodniu na zwyżkę, ale bardzo dużo zależy od danych makro i zachowania rynku ropy.
Z Polski
Na GPW wszystkie sesje minionego tygodnia były śmiertelnie nudne. Indeksy zmieniały się symbolicznie i pozostaje tylko zadowolenie, że indeksy wzrosły. Słaba to jednak satysfakcja, bo rynek utknął i buksuje w miejscu, czekając na jakieś mocniejsze impulsy.
Na rynku walutowym też trwał marazm, mimo że kilka informacji miało szansę nieco go rozruszać. W środku tygodnia złotego wzmacniało zawetowanie przez prezydenta ustawy o zwrocie VAT. Nawiasem mówiąc, uważam że to był błąd nie tylko polityczny, ale i gospodarczy. Polityczny, bo budujący i remontujący domy Polacy pomyśleli (czasem wykrzyczeli), że politycy nie dotrzymują obietnic składanych przed wejściem do Unii. Gospodarce to weto też może zaszkodzić, bo rozwój budownictwa jest jednym z najważniejszych czynników ożywienia, a wysoki VAT budownictwo hamuje. Poza tym, minister finansów myli się twierdząc, że ustawa przyniosłaby szkody budżetowi. Powinien raczej pójść w lud i sprawdzić, ilu Polaków buduje i remontuje korzystając z szarej strefy, która przecież podatków nie płaci. Nawiasem mówiąc, przy obecnych cenach paliw kompletną nieodpowiedzialnością jest straszenia podniesieniem akcyzy, gdyby weto zostało odrzucone. Spowodowałoby to wzrost inflacji, a co za tym idzie, stóp procentowych i osłabienie gospodarki.
Pozostaje mieć nadzieję, że Sejm weto odrzuci. To złotemu jednak nie pomoże. Tak samo, jak nie pomogła mu w piątek informacja o przegranym procesie z Eureko. Co prawda, odszkodowanie z pewnością będzie dużo mniejsze niż żądane przez Holendrów 1 mld EUR, ale nie da się go uniknąć. Poza tym robimy sobie złą prasę na świecie. Jest to zasługa polityków, którzy nie chcieli ugody z Eureko.
Wróćmy do fundamentów. Ostatnie dane makro nie pokazują różowego obrazu sytuacji. Po słabej dynamice produkcji dowiedzieliśmy się, że sprzedaż detaliczna była zdecydowanie niższa od oczekiwań ekonomistów. Jak widać, wzrost realnych wynagrodzeń nie przekłada się na wzrost sprzedaży, co nie może dziwić, skoro bezrobocie jest nadal olbrzymie. Wstępne dane o inwestycjach też nie mogą cieszyć. W tym tygodniu dowiemy się, o ile wzrósł PKB i inwestycje w drugim kwartale. Spotykająca się we wtorek i środę Rada Polityki Pieniężnej będzie więc miała pełny obraz sytuacji. Warto jednak zauważyć, że Ministerstwo Finansów kolejny raz zweryfikowało prognozy wzrostu PKB w bieżącym roku. Minister Mirosław Gronicki już zapomniał o 4-proc. wzroście. Teraz stawia na mizerne 3,3-3,5 proc. Mizerne, bo dopiero ponad 5-proc. tempo wzrostu PKB pozwala wyraźniej zmniejszać bezrobocie, które zresztą jesienią powinno znowu pójść w górę.
Walka między jastrzębiami i gołębiami w RPP będzie tym razem bardzo ostra. Oba obozy mają poważne argumenty. Gołębie będą mówiły o słabszym od prognoz rozwoju gospodarki i małej inflacji, a jastrzębie o tym, że gospodarka ruszy od września, inflacja jesienią wzrośnie, a jeśli ropa będzie nadal drożała, to wzrost cen przyspieszy jeszcze bardziej, bo producenci zaczną częściowo przerzucać koszty na konsumentów. Wydaje się, że jastrzębie mają więcej argumentów, ale kto wygra, tego nie wiadomo. Jeśli założyć, że ich siły się równoważą, możliwe jest osiągnięcie kompromisu: obniżka o 25 pkt baz. i nastawienie zmienione na neutralne.
Wygraną jastrzębi byłaby zmiana nastawienia i brak obniżki. Wygrana gołębi (obniżka bez zmiany nastawienia) wydaje się nieprawdopodobna, a skoro tak, to bez względu, czy cięcie stóp nastąpi czy nie, wydźwięk tej decyzji będzie taki sam: cykl obniżek stóp kończy się, bądź też już się skończył. W tej sytuacji powinna wzrosnąć rentowność obligacji (przed ogłoszeniem decyzji, albo - co bardziej prawdopodobne - po niej). Kurs złotego będzie zależało od tego, w jakiej fazie jest rynek. Rosnąca ich rentowność (spadek ceny) może wywołać wypływ walut z Polski i osłabić złotego. Z drugiej strony jednak do kraju będą napływały środki tych inwestorów, którzy chcieliby skorzystać z wyższej ceny pieniądza. Obawiam się, że wynik tego meczu będzie remisowy, a złoty zachowa się tak, jak podyktuje mu kurs EUR/USD.
Kończą się wakacje i wracamy do normalnego handlu. Tyle tylko, że zaburzonego przez wybory. One teoretycznie mogą coś popsuć, ale jeśli wszyscy wiedzą, jak się zakończy głosowanie, to przecież nie ma niezbędnego dla wywołania spadków zaniepokojenia. Musiałoby się coś zmienić w sondażach, by znowu nabrały znaczenia. W tej sytuacji wszystko zależy od zachowania giełd w USA, a tam w tym tygodniu sytuacja będzie korzystna dla byków.