Inglot Cosmetics działa w ponad 70 krajach, w których ma 530 salonów. Jej właściciele nie uznają jednak słowa imperium. To skromna, rodzinna firma — mówią zgodnie.
Na mapie świata liczba punktów sprzedaży produktów Inglot Cosmetics ledwie się mieści. Wśród nich jest miejsce szczególne — nowojorski Broadway. I nie chodzi tylko o usytuowanie jednego z flagowych salonów Inglot na rogu 49 Ulicy i Broadwayu, ale o związki z najsławniejszymi na świecie teatrami broadwayowskimi. Inglot zaczął podbijać rynek amerykański w 2009 r. — wtedy, gdy świat pogrążał się w kryzysie. Cztery lata później został partnerem słynnego musicalu „Pippin”. Był to początek tworzenia specjalnych kolekcji do kolejnych głośnych przedstawień, m.in.: „The Cripple of Inishmaan” ze znanym z Harrego Pottera Danielem Radcliffem, disneyowskiego „Króla Lwa”, „The Last Ship” z muzyką Stinga i najbardziej kasowego hitu ostatnich lat — musicalu „Mamma Mia!”. Dzisiaj billboardy nad teatrem informują o kwietniowej premierze „Finding Neverland”… i o współpracy przy nim Inglot Cosmetics. Będą też następne.
Trzeba działać, ale nie przesadzać
Rodzinna firma, która dzisiaj bierze udział w najważniejszych targach i pokazach makijażu na świecie, nie powstałaby, gdyby nie pasja jej twórcy — Wojciecha Inglota. — Brat studiował chemię na Uniwersytecie Jagiellońskim i jak to chemik doświadczalny lubił eksperymentować. Studia skończył w 1980 r. a to był czas, kiedy można było wszystko sprzedać, a niewiele kupić. Patrzył więc na to, co dzieje się na Zachodzie, podróżował i w końcu postanowił postawić na kosmetyki — wspomina Zbigniew Inglot, współwłaściciel Inglot Cosmetics i szef rady nadzorczej. Dzisiaj wydaje się to proste. Jest pomysł, są kontakty — jest biznes. I tak było przez wiele lat. — Powoli kończyły się problemy z dostępem do chemikaliów, kosmetyki dobrze się sprzedawały, ale współpraca z sieciami handlowymi spowodowała zatory płatnicze. Brat nie miał cierpliwości do biurokratycznej machiny i podjął w 2000 r. bardzo ważną, ale też ryzykowną decyzję — postanowił zerwać współpracę z drogeriami i rozwijać własną sieć salonów — opowiada Zbigniew Inglot. Mogło skończyć się różnie, ale Wojciech Inglot w ciągu dwóch lat z konsekwencją zrealizował swój plan. Po kolejnych trzech, kiedy działało ok. 150 punktów sprzedaży, zaczął zastanawiać się co dalej, bo rynek wydawał się już nasycony. Wtedy zgłosił się do niego pierwszy potencjalny franczyzobiorca doceniający jakość kosmetyków z Przemyśla. — Był to właściciel kilkuset sklepów z Kanady. Dzięki rozpoczęciu z nim współpracy w 2006 r. nie tylko szybko trafiliśmy za ocean, ale zostaliśmy też dostrzeżeni przez jeszcze poważniejszego kontrahenta — tym razem z Bliskiego Wschodu. Później szło już gładko. Dzisiaj mamy trzy, cztery propozycje franczyzowe dziennie, które analizujemy bardzo uważnie i wybieramy te najlepsze — mówi Zbigniew Inglot. W 2009 r., kiedy większość firm borykała się z kłopotami, firma Inglot Cosmetics nie tylko trafiła na Broadway, gdzie wciąż błyszczy, ale też na trudny rynek rosyjski. Wyniki finansowe też miała bardzo dobre. Działało ok. 80 sklepów w różnych częściach świata — czasem bardzo egzotycznych, a był to dopiero początek ekspansji. Dzisiaj Inglot maluje kobiety w ponad 70 krajach, a kosmetyki marki można kupować w 530 punktach. — Przez najbliższe trzy lata planujemy otwierać ok. 60-70 sklepów rocznie. Mam nadzieję, że to bezpieczny plan, który pozwoli utrzymać jakość i wysoki poziom produkcji. Może dla niektórych mało ambitny, ale nam wystarczy. Nie chcemy pójść śladem wielkich sieci międzynarodowych, które „przeszarżowały” i w ostatnim czasie redukują punkty sprzedaży. Sądzę, że to dopiero początek lawiny zamknięć, a dla nas dobra nauka, żeby nie przesadzać — tłumaczy Zbigniew Inglot.
Dywersyfikacja może być ryzykowna
Na pytanie o trudności przy panowaniu nad tak rozległą siecią, Zbigniew Inglot odpowiada krótko — poważniejszych trudności nie ma, są tylko wymagania, ponieważ w wielu krajach na świecie kosmetyki są objęte takimi samymi regulacjami przy wprowadzaniu na rynek jak leki. — W krajach unijnych rejestracja kosmetyków jest prosta, ale np. w Indonezji walka z procedurami może trwać kilka lat. Czasem wejście na nowy rynek może być też bardzo kosztowne, jak np. w Chinach — wyjaśnia Zbigniew Inglot. Bariery takie nie zniechęcają go jednak. — Można się dużo nauczyć, a po zdobyciu takich doświadczeń przekonać się, że polskie regulacje, na które często narzekamy, nie są takie złe. W Chile, Peru i Kolumbii — rynkach dynamicznie rozwijającychsię — negocjacje trwały trzy lata — opowiada szef rady nadzorczej. Na Bliskim Wschodzie też nie było łatwo, a dzisiaj jest tam 50 sklepów i przedstawiciele Inglota mają nadzieję, że liczba ta zostanie podwojona do Expo 2020 w Dubaju. — Nie warto bać się rynków egzotycznych. Wystarczy spojrzeć, w jakiej sytuacji są dzisiaj firmy, które koncentrowały się na krajach ościennych: Rosji, Litwie, Czechach i Niemczech — mówi Zbigniew Inglot. Obecność w wielu krajach sprzyja dywersyfikacji przychodów, ale rodzi też ryzyka: walutowe, związane z niepokojami społecznymi, walkami wewnętrznymi, strajkami i kataklizmami, takimi jak powodzie na Filipinach czy ostatnio trzęsienie ziemi w Nepalu. — Kiedyś zbombardowano nasz sklep w Bengazi w Libii. Na szczęście był zamknięty. Teraz niepokoimy się, bo nie wiemy, co się dzieje z rodziną , która prowadzi nasz sklep przy głównej ulicy w Katmandu — mówi Zbigniew Inglot. Firma musiała też zrezygnować z ekspansji w Doniecku. Lokalny partner musiał opuścić ten teren i przenieść się w inne rejony Ukrainy. — Od 1998 r. cyklicznie doświadczamy różnego typu kryzysów. Trzeba mieć więc plan, ale także liczyć się z nieoczekiwanymi zdarzeniami i mieć kapitał rezerwowy — radzi Zbigniew Inglot. Nie ma jednak wątpliwości, że zaczyna się złoty wiek dla polskiego eksportu. Świat jest w zasięgu ręki, nastawienie krajów zachodnich do produkcji polskich też jest inne. Rynki te, kiedyś konserwatywne, dzisiaj przekonują się, że polskie produkty mogą konkurować jakością i szybkością dostaw.
Warto stawiać na jakość
Siłą Inglot Cosmetics jest przede wszystkim jakość. Wojciech Inglot już na początku tworzenia firmy uznał, że nie będzie rywalizował z tanią produkcją, tylko z najlepszymi. Nie oszczędzał więc ani na komponentach, ani na opakowaniach, ani na badaniach. Tak jest do dziś. Firma współpracuje z wieloma ośrodkami badawczymi i naukowymi w Polsce i na świecie, wciąż śledzi technologiczne nowości. Nie zamierza natomiast ruszać w świat z produkcją. Wciąż sercem produkcji pozostaje, rozbudowywany o kolejne hale, zakład w Przemyślu — rodzinnym mieście rodzinnej firmy. Tu produkowanych jest 97 proc. kosmetyków, pozostałe 3 proc. to tylko akcesoria produkowane w Szwajcarii, Niemczech i kilku innych krajach.
OKIEM PARTNERA SEKCJI
Wyważony model ekspansji
MARCIN MITKO, Menedżer ds. Bankowości Korporacyjnej, HSBC Bank Polska
Inglot jest doskonałym przykładem odważnej wizji założyciela, biznesowej konsekwencji i niezwykłej skuteczności we wdrażaniu strategii. Firma konkuruje na rynkach zagranicznych z dużo większymi graczami dzięki dogłębnemu zrozumieniu wymagań lokalnych konsumentów przy jednoczesnym zachowaniu globalnego, jednolitego charakteru marki. Ta sztuka, trudna do opanowania nawet dla międzynarodowych koncernów z różnych branż, wychodzi firmie z Przemyśla niezwykle dobrze. Poprzez kontrolę nad całym procesem produkcji i dystrybucji Inglot nie tylko utrzymuje wysoką jakość produktów, ale jest także blisko konsumentów, a co za tym idzie, jest w stanie odczytać ich potrzeby oraz na bieżąco je analizować. Fakt, że przedsiębiorstwo utrzymuje własną produkcję w Przemyślu, powoduje, że może szybko zareagować na ewentualne zmiany oczekiwań klientów i dostarczyćzupełnie nowy lub zmodyfikowany produkt w krótkim czasie, bez uszczerbku na jakości. Współpraca z instytutami badawczymi i uczelniami to kolejny element wyróżniający tę rodzinną firmę, który przyczynił się do jej sukcesu. To właśnie dzięki takim, nadal pionierskim na polskim rynku, działaniom Inglot jest w stanie tworzyć kolejne innowacyjne produkty, wzmacniając tym samym swoją przewagę konkurencyjną. Jednocześnie udaje jej się skutecznie współpracować ze środowiskiem naukowym, co wśród polskich przedsiębiorstw nadal jest rzadkością. Inglot to również firma, która bardzo dobrze radzi sobie z zarządzaniem ryzykiem. Poprzez ostrożny i wyważony model ekspansji unika błędów popełnianych przez konkurentów, niejednokrotnie znacznie większych. Oczywiście w działalności na rynkach międzynarodowych zawsze pozostaje element niepewności związany z sytuacją geopolityczną na świecie czy zdarzeniami losowymi. Niemniej jednak i z tym można sobie poradzić przez odpowiednią dywersyfikację geograficzną biznesu. Dzięki temu, nawet jeśli na jednym rynku pojawią się trudności, ich wpływ na wyniki firmy w ujęciu globalnym będzie ograniczony.
NA NOWO- JORSKIM MANHATTANIE: Salon Inglot Pro Studio na rogu 49 Ulicy i Broadwayu skupia świat mody i show-biznesu. [FOT. ARC]
PARTNEREM SEKCJI JEST HSBC