W ten sposób organy państwa wykonały rozkaz wydany ustnie 15 czerwca przez najwyższego władcę Jarosława Kaczyńskiego. Wyjściowy plan prezesa ograniczał się do jednego pytania referendalnego – antyimigranckiego. Politbiuro PiS doszło jednak do wniosku, że bardzo opłacalne 15 października będzie dodanie jeszcze trzech. Dzięki takiemu chwytowi wyborcy stawiający krzyżyki w kabinach będą czytali ulotkę wyborczą partii, wydrukowaną na koszt państwa pod przykrywką kartki referendalnej.
Uczciwie trzeba jednak przypomnieć, że sama możliwość dołączania referendum do wyborów to nie wymysł PiS! Przepis znajduje się już od 2003 r. w ustawie o referendum ogólnokrajowym, uchwalonej przez większość pod wodzą SLD. Zgodnie głosowały SLD, PO, PSL i Samoobrona, natomiast przeciwko… PiS i LPR – przy czym niezgoda dotyczyła innych wątków, możliwość doklejenia referendum do wyborów akceptowali wszyscy posłowie i senatorowie. Tak naprawdę przepis jest jeszcze starszy, ma już 28 lat, albowiem w identycznym brzmieniu znajdował się w pierwszej ustawie o referendum z 1995 r., został z niej przekopiowany.
Jeśli w pierwszym akcie powieszono na ścianie strzelbę, to w którymś kolejnym musi wystrzelić. Ta teatralna zasada kompozycyjna Antoniego Czechowa nadaje się idealnie do opisania sytuacji przepisu o łączeniu referendum z wyborami. Wcześniej tylko raz podjęta została próba zdjęcia strzelby. Na samym początku pierwszej kadencji usiłował wystrzelić Andrzej Duda, forsując dołączenie do wyborów 25 października 2015 r. trzech pytań referendalnych. Merytorycznie były one tak samo absurdalne, jak cztery obecne, identyczny był również cel prezydenckiej zagrywki – znaczne zwiększenie urobku wyborczego PiS. Tamta nieudolna próba nie miała szans, natomiast strzelba zdjęta w obecnym akcie palnie gromko.

