Spowolnienie gospodarcze w Polsce zaczyna dawać się we znaki bankom. Kurczące się dochody gospodarstw domowych i spadające obroty firm sprawiły, że kredytobiorcy mają coraz większe problemy ze spłatą zobowiązań. Jak szacują analitycy banku UniCredit, odsetek kredytów zagrożonych w całym portfelu polskiego sektora bankowego wzrósł w 2012 r. z 7,3 do 7,9 proc. To najwyższy wynik od 2004 r.



— Poziom złych długów w Polsce ciągle nie jest wysoki, jednak ponownie zaczął rosnąć — zaznacza Gianni Franco Pappa z UniCredit.
Mały kredyt, duży problem
To prawdopodobnie dopiero początek „psucia się” bankowych bilansów. W 2013 r. przyrost złych długów ma być przynajmniej równie silny. UniCredit prognozuje, że przy założeniu lekko optymistycznego scenariusza wzrostu gospodarczego w Polsce na poziomie 1,7 proc. (według rynkowego konsensu wzrost wyniesie 1,3 proc.), odsetek kredytów zagrożonych bieżącym roku sięgnie 8,5 proc. Jak wynika z danych Komisji Nadzoru Finansowego, tradycyjnie najgorzej spłacane są w Polsce kredyty konsumpcyjne. Zagrożony jest w tym segmencie rynku co szósty kredyt (17,9 proc. według stanu na koniec września 2012 r.).
Niewiele lepiej firmy spłacają kredyty nieruchomościowe, opóźnionych jest 16,2 proc. długów. To jeszcze głównie echa ryzykownych kredytów hipotecznych udzielanych przez banki deweloperom, zwłaszcza na działki budowlane, w czasie boomu z lat 2006- -2007. Najbardziej rzetelne w regulowaniu zobowiązań są natomiast gospodarstwa domowe z kredytami mieszkaniowymi — zagrożonych jest tylko 2,7 proc. takich zobowiązań. Jednak ta część portfela też dość wyraźnie się psuje. Przez rok odsetek złych długów wzrósł o 0,5 pkt proc.
Bilanse pod kontrolą
Czy nasilające się problemy kredytobiorców ze spłacaniem rat oznaczają, że polski system finansowy jest zagrożony? Ekonomiści przekonują, że ryzyko — przynajmniej na razie — jest niewielkie.
— Choć skala zagrożonych kredytów rośnie, to nie mamy jeszcze do czynienia z poziomami, które mogłyby zachwiać naszym systemem finansowym. Sektor bankowy jako całość jest stabilny — przekonuje Tomasz Kaczor, główny ekonomista Banku Gospodarstwa Krajowego. Podobnego zdania są analitycy Narodowego Banku Polskiego. W opublikowanym w grudniu 2012 r. raporcie stwierdzili, że pomimo „ryzyk związanych ze spowolnieniem gospodarczym […], sytuacja polskiego sektora bankowego jest dobra”. W tzw. scenariuszu szokowym (w którym polska gospodarka wpada w jednoprocentową recesję) sektor bankowy wymagałby dokapitalizowania kwotą 4,3 mld zł. Banki nie powinny mieć problemu z pozyskaniem od właścicieli takiej kwoty. Ponadto, sektor jako całość pozostałby dochodowy. — Istnieją oczywiście pewne rodzaje ryzyka. Na przykład sektor jako całość może być stabilny, ale któryś z banków mógłby mieć jakieś poważne problemy.
Jednak na tle innych krajów i tak jesteśmy dość bezpieczni. Gdyby wszystkie nadzory bankowe miały takie zmartwienia jak nasz, gospodarka europejska miałaby się dziś znacznie lepiej — mówi Tomasz Kaczor.
Region, który nie płaci
Na tle Europy Środkowej i Wschodniej nasza bankowość nie jest już, co prawda, prymusem (jak w latach 2009 i 2010), ale nadal nie mamy powodów do wstydu. Według UniCredit, średnio w regionie złe długi stanowią 13,5 proc. portfeli banków — prawie dwukrotnie więcej niż u nas. Na Ukrainie i w Kazachstanie zagrożony jest co trzeci kredyt, na Węgrzech, w Rumunii czy Bułgarii — co piąty. Według wielu ekonomistów, złe długi to w średnim okresie jedno z największych zagrożeń dla gospodarki Europy Środkowej i Wschodniej.
— Wysoka stopa opóźnionych kredytów to obciążenie, które nie pozwala tutejszym bankom zwiększać akcji kredytowej i ciąży gospodarce. Bankowi nadzorcy muszą dać bankom bodziec, by te mogły pozbyć się nierokujących długów. Inaczej ten balast będzie ciążył bankom w nieskończoność i region wejdzie w okres straconej dekady, jak w Japonii — uważa Piroska Nagy, ekonomista Europejskiego Banku Odbudowy i Rozwoju.