W świecie funduszy inwestycyjnych inwestorzy dzielą się na tych, którzy wierzą, że skuteczna selekcja jest kluczem do osiągania wyników lepszych od rynku, oraz na takich, którzy przekonują, że jedynie pasywne zarządzanie portfelem ma sens, zwłaszcza gdy nasz horyzont inwestycyjny jest długi. Do tych drugich dołączył ING Bank Śląski, który w połowie stycznia zaproponuje klientom trzy fundusze indeksowe, odzwierciedlające zachowanie indeksów WIG20, S&P500 i europejskiego MSCI EMU (240 dużych lub średnich spółek z dziesięciu najbardziej rozwiniętych krajów strefy euro). Będą to tradycyjne fundusze otwarte, działające w formule master-feeder i inwestujące w produkty z grupy Amundi.

— Zaoferujemy klientom możliwość inwestowania w indeksy giełdowe poprzez fundusze otwarte, co jest rozwiązaniem łatwiejszym, bo znanym. Nie zdecydowaliśmy się na rozwiązanie oparte na ETF, gdyż inwestycja wymagałaby użycia rachunku maklerskiego, a to dopiero kolejny etap w rozwoju klienta — tłumaczy Daniel Szewieczek, dyrektor departamentu środków powierzonych w ING Banku Śląskim.
Aktywnie, czyli drogo
Założeniem aktywnie zarządzanych funduszy benchmarkowych jest bicie portfela wzorcowego poprzez trafną selekcję i odpowiednią alokację. A skoro pieniędzmi zarządza specjalista, to za dobrą monetę przyjmuje się, że potrafi on zarabiać więcej, niż rosną np. giełdowe indeksy. Liczby jednak nie pozostawiają złudzeń. Z badań na rynku amerykańskim wynika, że w ciągu ostatniej dekady mniej niż 20 proc. aktywnie zarządzanych funduszy akcji dużych spółek zdołało pobić indeks S&P500, a jedynie 15 proc. funduszowych „misiów” wypadło lepiej niż indeks Russell2000. Podobnie jest nad Wisłą. W ciągu ostatnich pięciu lat tylko 8 na 40 działających w tym czasie funduszy akcji polskich wypadło lepiej niż WIG.
Co więcej, różnica między najlepszym a najgorszym sięgnęła aż 65 pkt. proc. Indeks szerokiego rynku wzrósł w tym czasie 6 proc. Jaki jest powód tej słabości? Błędy selekcyjne odgrywają tu z pewnością największą rolę, a że mylić się jest rzeczą ludzką, więc nawet zarządzającemu z doktoratem prędzej czy później powinie się noga. Nie mniej ważne są też wysokie opłaty.
Aktywność kierującego portfelem przejawia się w częstych transakcjach kupna i sprzedaży, wyszukiwaniu okazji, prognozowaniu i analizowaniu sytuacji rynkowej. Taki styl zarządzania angażuje nie tylko czas i wiedzę, ale również sztab analityków, więc jest procesem kosztownym. W Polsce średnia opłata za zarządzanie portfelem akcji wynosi 4 proc. Tradycyjne fundusze muszą też — ze względów płynnościowych — około 5-10 proc. aktywów przechowywać w gotówce, co „kosztuje” je około 0,5 pkt. proc. rocznie.
Pasywnie do celu
Fundusz pasywny nigdy inwestora nie zaskoczy, nie zawiedzie, nie oszuka. Z góry wiadomo, na jakie zyski go stać, bo jego celem nie jest bicie benchmarku, ale wierne jego odzwierciedlenie, i to bez względu na to, czy zyskuje on, czy traci. ETF (Exchange Traded Funds) inwestują regionalnie (np. w amerykańskie indeksy giełdowe) i sektorowo, czyli np. w nieruchomości, rolnictwo czy nowoczesne technologie. Naśladują też notowania walut, surowców i obligacji.
Dzięki tzw. ETF odwróconym można zarabiać na spadkach, natomiast fundusze z dźwignią finansową pozwalają podwoić, a nawet potroić stopę zwrotu z danego instrumentubazowego. Zadaniem zarządzającego ETF jest wierne naśladowanie struktury danego instrumentu bazowego — jeśli ta się zmienia, on musi dostosować portfel funduszu. A że jest to zajęcie dosyć proste i niewymagające wielkiego nakładu pracy, to i wynagrodzenie za tę usługę jest bardzo niskie — opłaty nie przekraczają 0,5 proc. rocznie.
ETF notowane są na giełdzie, więc można je kupić i sprzedać w każdym momencie oraz na bieżąco śledzić ich stopy zwrotu. Do tych operacji potrzebny jest jednak rachunek maklerski. Innym rozwiązaniem są tzw. fundusze indeksowe, czyli tradycyjne fundusze otwarte, ale zarządzane pasywnie.
W ofercie krajowych TFI mamy zaledwie kilka tego typu rozwiązań, a wśród nich jest np. Ipopema m-Indeks, naśladująca mWIG40. Koszty takich funduszy są nieco wyższe niż ETF, ale wciąż dużo mniejsze niż klasycznych rozwiązań. W przypadku produktów ING Banku Śląskiego opłata za zarządzanie sięgnie 1,7 proc. rocznie.
Walka na liczby
Na świecie funkcjonuje prawie 5 tys. ETF, a ich emitentami są globalne firmy, takie jak Black Rock czy właśnie Amundi. Na warszawskiej giełdzie oferta jest uboga — notowane są zaledwie trzy ETF ze stajni Lyxora (na WIG20, S&P500 i DAX) — ale niektóre domy maklerskie oferują też dostęp do ETF notowanych na zagranicznych giełdach. O skuteczności tego typu rozwiązań również najlepiej mówią liczby. W 3 lata Lyxor ETF S&P500 zarobił 99 proc., podczas gdy średnia w grupie funduszy akcji amerykańskich wyniosła 48 proc., a najlepszy — Metlife Akcji Amerykańskich — zyskał 78 proc. Ipopema m-Indeks, który podąża za warszawskim mWIG40, w tym samym okresie znalazł się na trzecim miejscu podium wśród najlepszych funduszy małych i średnich spółek. Mimo zalet produkty te wciąż stanowią margines rynku. Aktywa funduszy indeksowych warte są zaledwie 200 mln zł. Średnia miesięczna wartość obrotów tytułami uczestnictwa ETF notowanych na GPW sięga natomiast łącznie 30 mln zł.
— Uwzględniając fakt, że ETF nie są w ogóle promowane, to ich popularność uznać można za całkiem niezłą. Z dzisiejszych danych wynika, że np. ETF na DAX ma większe obroty niż 3 spółki z WIG20 — a to jest miara zainteresowania. Ze strony klientów pojawiają się pytania o kolejne ETF i, co ciekawe, na warszawskie indeksy — WIG oraz małych i średnich spółek, a także BUX dla regionu — mówi Robert Kosowski z departamentu rynków regulowanych DM mBanku.