Podpisanie przez prezydenta Bronisława Komorowskiego ustawy z 25 marca o zmianie dwudziestu ustaw związanych z funkcjonowaniem ubezpieczeń społecznych było tzw. oczywistą oczywistością od samego początku, gdy tylko Rada Ministrów przyjęła 8 marca projekt i nadała mu szalone wręcz tempo legislacyjne. Ale dziwi, że głowa państwa uchyliła się od osobistego ogłoszenia decyzji w sprawie tak ważnej dla Polaków, wywołującej tyle gorących sporów społecznych. Zwłaszcza, że prezydent ostatnio urządzał nawet propagandowe inscenizacje, radośnie podpisując np. ustawę żłobkową czy nowelizację prawa o szkolnictwie wyższym. No cóż, zatwierdzenie zmiany strumienia pieniędzy kierowanych do otwartych funduszy emerytalnych było czynnością niewdzięczną i zupełnie niemedialną, bo któż miałby ewentualnie stanowić tło spektaklu — zabiedzeni emeryci?
Mimo oczywistości decyzji, przetrzymanie przez prezydenta o tydzień jej ogłoszenia było zaskoczeniem, przy czym największym dla… Donalda Tuska. Przecież cała zarządzona przez premiera legislacyjna gonitwa opierała się na założeniu, że ustawa powinna mieć przynajmniej 30-dniowe vacatio legis. Tylko wtedy istniałaby pewność, że Trybunał Konstytucyjny nie zakwestionuje przynajmniej terminu jej ogłoszenia, bardzo ważnego dla podmiotów realizujących miesięczne plany finansowe. Rządowy plan zakładał opublikowanie ustawy 31 marca, czyli zostawiał prezydentowi na podpis… dobę! A jednak Bronisław Komorowski nie zadziałał jak automat, stworzył pozory zastanawiania się i urwał z 30-dniowego buforu bezpieczeństwa aż tydzień.
W pierwotnym projekcie rządu termin wejścia ustawy w życie zapisany był elastycznie: "pierwszego dnia miesiąca następującego po upływie miesiąca od dnia ogłoszenia". W zaistniałej obecnie sytuacji prawnej nastąpiłoby to 1 czerwca. Ale ponieważ premier Donald Tusk z ministrem Jackiem Rostowskim ubolewali, że każdy miesiąc spóźnienia zwiększa dług publiczny, koalicja rzutem na taśmę przeforsowała datę sztywną — 1 maja 2011. Wyglądało na to, że ugadany jest zarówno Senat — który rzeczywiście wykonał potulnie polityczne zlecenie — jak i prezydent. A tu taki kawał…